środa, 28 czerwca 2017
Nowy blog
1 komentarz:
Autor:
Mary
Jednak się ujawniam, jestem zbyt zżyta z Mary Alice! Gdyby ktoś była zainteresowany, to zapraszam na nowego bloga! :) Jest tam prolog, ale napisane mam już naprawdę dużo rozdziałów, tym razem będzie inaczej :)
sobota, 3 czerwca 2017
6 komentarzy:
Autor:
Mary
Nie wracam. Przepraszam. Jest mi wstyd, że zawiodłam. Straciłam serce do tego opowiadania, sama się w nim pogubiłam. Nie wiem, czy wrócę do dramione, ale myślę nad czymś nowym, jako ktoś inny. Niewykluczone, że traficie kiedyś na moje opowiadanie nie wiedząc nawet, że to ja.
Po raz ostatni,
Wasza Mary.
Po raz ostatni,
Wasza Mary.
sobota, 28 stycznia 2017
Rozdział 16 - Przebudzenie.
10 komentarzy:
Autor:
Mary
Pierwszym co poczuła zaraz po przebudzeniu był intensywny zapach świeżo parzonej kawy. Zachęcona nim otworzyła zapuchnięte oczy i spojrzała na stolik obok wielkiego łoża. Kawa i jajecznica. To zapewne Draco zlecił skrzatowi przygotowanie jej śniadania. Była głodna jak wilk, a świadomość, że nie musi sama tego przyrządzać tylko dodała jej jeszcze trochę apetytu.
- Jedz, bo wystygnie – Draco Malfoy stanął w drzwiach w samych bokserkach i z potarganymi włosami.
Całą siłą woli Hermiona oderwała od niego wzrok i przeniosła go na jedzenie.
- Nie trzeba było fatygować Diabełka, sama mogłam to zrobić – mruknęła w odpowiedzi, uśmiechając się delikatnie.
- Ja to usmażyłem, Granger.
Spojrzała na niego zaskoczona.
- Wielki pan Malfoy umie obsługiwać patelnie? Nie poparzyłeś sobie swoich arystokratycznych, delikatnych dłoni? - zapytała z nieskrywaną złośliwością.
Obdarzył ją chłodnym spojrzeniem, przeszedł przez pokój i położył się koło niej na łóżku. W jego zapachu było coś pociągającego. Nie wyczuła perfum, tylko zapach jego ciała, zapach domu. Zapragnęła wtulić się w jego ramiona, zatopić w tym zapachu i spędzić tak resztę dnia. Przez chwilę nawet była tego bliska, ale uświadomiła sobie, że to może działać tylko w nocy. Kiedy wokół nich panuje ciemność i intymna atmosfera, a myśli są inne, śmielsze. W dzień to byłoby coś nienaturalnego, krępującego. Usiadła na łóżku spuszczając nogi na podłogę i spojrzała znów na jedzenie.
- Nie zastanawiaj się, tylko jedz. Przecież cię nie otruję – mruknął i zmierzwił swoje włosy powolnym, leniwym ruchem.
Pochłonęła wszystko bez namysłu, choć w niedoprawionym jedzeniu dało się wyczuć, że Draco nie radzi sobie w kuchni. To sprawiło, że jeszcze bardziej doceniła ten gest.
Potem siedzieli chwilę w milczeniu. Dziewczyna czuła na sobie uporczywe spojrzenie Malfoy'a. Przyglądał jej się intensywnie, ale nie mówił nic. Wreszcie chrząknął.
- Co się stało wczoraj w nocy, Granger? - zapytał cicho, jakby nie był pewien czy w ogóle powinni rozmawiać o tym co dzieje się nocami.
I wtedy to wszystko do niej wróciło. Przerażenie, krew i szepty w jej głowie. Poczuła, że robi jej się słabo na samo wspomnienie. Łzy mimowolnie napłynęły jej do oczu. Nie była słabą osobą, już dawno przestała nią być, ale to było coś innego... Jak proroctwo, jakaś krwawa przepowiednia. Przecież widziała już raz zakrwawionego Malfoy'a, z które powoli uchodziło życie. A jeżeli następnego razu nie przeżyje? Jeżeli znów go straci? A Ginny? Harry? Ron? Rodzice? Jak długo uda im się żyć w ukryciu i ryzykować z każdym wyjściem na targ? Czy kiedyś Draco przyjdzie i poinformuje ją sucho o ich śmierci? A może pokażą jej ich zmasakrowane ciała, jako znak okrutnego triumfu? Mogła stawić czoła brutalności, poniżaniu, uzbrojonym śmierciożercom, ale nie była w stanie wygrać ze swoimi lękami.
- Ja... Miałam po prostu koszmar – wyjąkała.
Draco przysunął się do niej nieznacznie i oparł na łokciach.
- I co w nim było, Granger?
Obrazy same do niej wracały, choć wcale nie chciała ich widzieć. Krew. Pełno krwi. I wszystkie martwe osoby, kroczące powoli w jej kierunku. Zaciskające niewidzialną obrożę na jej gardle, odcinające dopływ powietrza. Ich przejmujące szepty wzbudzające panikę i dreszcze. Powykręcane bólem twarze... Od tego wszystkiego zakręciło jej się w głowie.
- Krew – powiedziała w końcu po długiej chwili ciszy. - I trupy. Otaczały mnie, obwiniały. Byli tam wszyscy moi przyjaciele, rodzina. Byłeś tam też ty.
Łzy spływały szybko po jej policzkach. Całą siłą woli starała się nie zacząć szlochać. Co mogłoby być żałośniejsze? Jest dorosłą kobietą, nie małą dziewczynką. Koszmary nie powinny wzbudzać w niej takich emocji.
Jednak gdy zmieszany Draco położył dłoń na jej ramieniu, nie wytrzymała. Jej ciało zatrzęsło się gwałtownie od płaczu. Chłopak zdecydował się wstać i przyciągnąć do siebie dziewczynę. Pozwolił by wtuliła się w niego całą sobą. Głaskał ją spokojnie po włosach.
- Hej, Granger – powiedział najłagodniej jak umiał. - Przecież wszyscy jesteśmy żywi i mamy się dobrze.
- Nie, moja mama jest chora. Żaden magomedyk nie chce jej przyjąć. Dostałam to w liście od Ginny – zaszlochała.
- Czemu nie powiedziałaś? Zajmę się tym, a teraz spokojnie. Przecież nic się nie dzieje – mówił jak do małego dziecka.
Po jego słowach wtuliła się w niego jeszcze bardziej. Trzęsła się już mniej, atak paniki powoli mijał. Teraz szlochała już tylko cicho, próbując unormować oddech.
- Nie musisz się niczego bać – mówił dalej, widząc, że jego słowa skutkują. - Jestem tutaj, a póki tak jest, nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić. A musisz wiedzieć, że nigdzie się nie wybieram i tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Będę tutaj, żeby cię chronić. Nieważne, czy będą to koszmary, śmierciożercy czy sam Voldemort.
Oderwała się od niego na chwilę, żeby spojrzeć mu w oczy. Były czerwone i opuchnięte, lekko wilgotne, ale nie zbierały się w nich żadne nowe łzy.
- To z twoich ust brzmi niedorzecznie – mruknęła tylko i spuściła wzrok.
- Granger, spójrz na mnie i posłuchaj bardzo uważnie. Twoje bezpieczeństwo było moim priorytetem przez ostatnie dwa lata i nic się w tej sprawie nie zmieniło. Czuję się za ciebie odpowiedzialny, biorąc pod uwagę to wszystko, co było kiedyś między nami. I nie zostawię cię ot tak. Zrobiłem to już raz i nigdy nie żałowałem niczego bardziej, niż złamania ci serca.
Odsunęła się od niego powoli i otarła policzki.
- Dziękuję – powiedziała tylko z bladym uśmiechem i wstała. Uznała, że ta sytuacja zmierza w bardzo dziwnym, zbym intymnym, jak na początek dnia kierunku. Im szybciej ją przerwie, tym lepiej oboje na tym wyjdą. Tak, to było w tym momencie najlepsze wyjście z możliwych. Wzięła talerz, kubek po kawie i sztućce, a potem zdecydowanym krokiem wyszła z pokoju nie odwracając się za siebie. Tak będzie lepiej, łatwiej.
Ta myśl w głowie Blaise'a rodziła się od dawna. Ten cały system był chory, spaczony, rasistowski. Ktoś będzie musiał wreszcie to przerwać, a on miał na to zalążki planu. Teraz będzie musiał znaleźć kilka osób, którym będzie mógł zaufać, takich samych szaleńców jak on. Była jeszcze Mary, ale nie chciał jej w to wplątywać. Chociaż ona usilnie dawała mu do zrozumienia, że jest gotowa walczyć, on odsuwał ją od tego jak mógł. Musiał znaleźć sobie mocnego sojusznika w środku. Miał też nadzieję, że kiedy spotka się z Dumbledore'm i przedstawi mu swoją propozycje, pozyska do walki kolejnych czarodziejów. Przecież muszą się zgodzić, to ich jedyna szansa. Przecież nie mogą wiecznie żyć w ukryciu jak szczury. No i pozostaje jeszcze znalezienie sobie wspólnika, a na myśl przychodziła mu tylko jedna osoba. Draco Malfoy musiał się przecież zgodzić. Przecież dla niego też jedyną nadzieją na szczęście jest zniszczenie tego wszystkiego. Póki to trwa będzie mógł żyć obok Hermiony, ale nie z nią.
- Co planujesz? - z zamyślenia wyrwał go głos Mary.
Ostatnio większość wolnego czasu spędzała w jego posiadłości. Nott pił coraz częściej i stawał się agresywny. Blaise starał się przekonać ją, żeby zamieszkała tutaj, przecież w jego ogromnym, pustym domu znalazłoby się dla niej sporo miejsca, ale ona zawzięcie odmawiała. Bała się. Tak samo, jak obawiała się powrotów do własnego domu i mężczyzny, którego kocha.
- Mary, daj sobie spokój. Masz zbyt wiele do stracenia – próbował zbyć ją jak najbardziej.
Przerabiali tę rozmowę miliony razy. Za każdym razem próbowała poznać choć część jego planu i mu pomóc, ale on był nieugięty. Za bardzo się o nią martwił.
- Muszę spotkać się z Draconem jeszcze dzisiaj – mruknął tylko. - Zostań tutaj, ja niedługo wrócę.
Chciał od niej uciec jak najszybciej. Od jej pytań i intensywnych spojrzeń. A w dodatku czekała go trudna rozmowa z Dumbledore'm i musiał się do niej odpowiednio przygotować, a do tego potrzebował pomocy przyjaciela.
Rozważał użycie kominka, ale uznał, że nie chce wpakować się tak bez ostrzeżenia do jego mieszkania. Teleportował się więc pod jego rezydencję. Przeszedł zdecydowanym krokiem przez całą tę zieleń otaczającą dom Dracona i mocno zapukał do drzwi. Nie musiał długo czekać. Otworzył mu sam gospodarz z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
- Musimy porozmawiać – wypalił Balise bez większych wstępów.
Draco kiwnął lekko głową i wpuścił przyjaciela do środka. Zaprowadził go od razu do salonu i rozsiadł się na fotelu.
- Granger czyta u siebie, nie będzie nam przeszkadzać.
- Draco, sprawa jest delikatna – Balaise nie był do końca pewien jak powinien zacząć tę rozmowę.
- Po prostu powiedz – chłopak wywrócił oczami zniecierpliwiony.
- Poprosiłem Dumbledore'a o spotkanie i czekam na jego odpowiedź – wydusił z siebie na jednym wydechu. - Draco, ja nie wiem, jaki dokładnie jest twój stosunek do tego wszystkiego, ale Anglia zmierza do zuepłnej destrukcji, a ja mam już dość patrzenia na to wszystko. Jeżeli trzeba będzie, to poniosę ofiarę, żeby pokazać innym, że powinni walczyć. Bo ja mam już dość, do cholery, życia w strachu.
- Blaise, dobrze wiesz, że to szaleństwo – odpowiedział wypranym z emocji tonem.
- Może i tak, ale jak myślisz, ile jeszcze uda ci się ukrywać tu Granger? Ile czasu minie, aż uznają, że jej obecność nic nowego nie wnosi i wyciągną ją na publiczną egzekucję? A ty będziesz musiał na to patrzeć, dobrze o tym wiesz. Nie będziesz mógł odwrócić wzroku, żeby nie nabrali podejrzeń. Kto wie, może każą ci ją torturować? Zabije ją Voldemort, to pewne, ale ile razy wcześniej rzucą na nią jakaś klątwę, ile razy zgwałcą? - mówił cicho, żeby mieć pewność, że Granger nie usłyszy ich z drugiego końca salonu. - A ja nie chcę już tak żyć, nie chcę martwić się o Ginny, o Mary, o moich bliskich. Ale nie poradzę sobie sam, nie jestem głupi. Potrzebuję sojusznika i Zakonu. Zaufanych ludzi. A ja wiem, że ty masz jakieś układy z Dumbeldorem. To przecież on nigdy nie podsyłał Zakonowi informacji o tobie, żeby Granger nie dowiedziała się, że żyjesz.
- Jak ty to sobie niby wyobrażasz?
- Najpierw do niego napisz i poproś o spotkanie jak najszybciej, tobie ufa, nie będzie bał się podstępu.
Nastała chwila ciszy. Draco schował twarz w dłoniach i westchnął. Blaise nie chciał go popędzać, w końcu nie jest to łatwa decyzja.
- Nie mówię, że się zgadzam na całe to szaleństwo, ale zgadzam się na spotkanie z Dumbledorem. Zawołam zaraz Granger, żeby przyniosła mi pergamin z gabinetu, a my przedyskutujemy treść listu – głos miał oficjalny, jakby zwracał się do interesanta, nie przyjaciela.
Wszedł bardzo cicho do kuchni i spojrzał na dziewczynę stojącą przy blacie i krojącą mięso. Chyba chciała odwdzięczyć się za śniadanie, bo na stole leżały kawałki wołowiny, a z garnka unosił się zapach czegoś, co najprawdopodobniej było sosem. Czegoś takiego nie jadł już dawno. Zazwyczaj nie starała się jakoś szczególnie,a monotonia która zapanowała od wyjazdu Astorii robiła się nie do zniesienia. Przecież ile dni pod rząd można jeść drób?
- Powinienem przynieść wino? - zapytał z nutką rozbawienia.
Dziewczyna podskoczyła nieznacznie, najwidoczniej nie usłyszała, jak skradał sie do kuchni i do tej pory nie zdawała sobie sprawy z jego obecności.
- Wino? Nie widzę takie potrzeby – odpowiedziała z uśmiechem.
- Kolacja to trochę zbyt mało, żeby wkupić się w moje łaski – zaśmiał się i podszedł do niej.
- A kto chciałby się w nie wkupywać? - zaśmiała się.
Stanął obok niej i przyjrzał się rozłożonym na stole składnikom.
- Świętujemy coś dzisiaj? - zapytał patrząc podejrzliwie na wołowinę.
Dziewczyna wbiła wzrok w blat. Zrobiła się nagle pochmurna i jakby zażenowana. Nie umiała ukrywać poczucia winy.
- No? Co? - zapytał, a jego dobry nastrój jakby wyparował.
- Ja... Ja nie chciałam, Draco, naprawdę. Kazałeś mi iść do swojego gabinetu po ten list, a ja... Ja znalazłam też inny. Nie szperałam w twoich rzeczach, przysięgam. Ja tylko... Sama nie wiem, czemu to przeczytałam, przepraszam.
- Co przeczytałaś? - warknął, a mięśnie na jego twarzy napięły się niebezpiecznie.
Czy naprawdę była tak wścibska, że nie mogła powstrzymać się od przegrzebania mu rzeczy, czy tak głupia, że mu się do tego przyznawała.
- List. Do Dumbledore'a. Z prośbą o opisanie stanu mojej mamy ze wszystkimi objawami, bo chcesz skonsultować to z magomedykiem. Ja naprawdę to doceniam i ci za to dziękuję! - nadal patrzyła uparcie w blat i zrobiła się całą czerwona ze wstydu.
Czyli znalazła tylko to... Kamień spadł mu z serca. Jakoś nie wyobrażał sobie, żeby Hermiona mogła przejrzeć podpisane przez niego i gotowe do wysłania wyroki śmierci lub inne nieprzeznaczone dla niej rzeczy.
- Nie powinnaś dotykać moich rzeczy – prawie krzyknął.
Nie chciał sprawić jej przykrości, ale musiał wyraźnie zaznaczyć granice. Podświadomie bał się też, że mogła znaleźć tam listę gości na ślub jego i Astorii, która leżała przecież tak blisko tego listu. A to były rzeczy, którymi nie chciał się z nią dzielić. Zrobił zdecydowany krok w jej stronę i stanął tak blisko, że praktycznie nie było między nimi przestrzeni.
- Ja naprawdę przepraszam! Leżał niedokończony na biurku, zobaczyłam tam swoje nazwisko i sama nie wiem... - teraz dla odmiany patrzyła prosto na niego.
- I uznałaś, że skoro widnieje tam twoje nazwisko, to możesz sobie to bezkarnie przeczytać? - teraz nie krył już złości.
- Naprawdę przepraszam.
Hermiona położyła mu delikatnie dłoń na policzku. Niepewnie, jakby bała się, że ją odtrąci lub wpadnie w szał. A on tylko stał. Patrzył prostu w jej orzechowe oczy i nie wykonywał żadnego ruchu. Widział jak jej piersi unoszą się i opadają nienaturalnie szybko. Jej twarz zachowała spokój, ale zdradzała ją reszta jej ciała, przyspieszony oddech. W tej ciszy prawie mógł usłyszeć jak szybko bije jej serce. A potem zrobił coś nieprzemyślanego. Wabiony jej dotykiem i zapachem zapragnął więcej, choćby miała go odtrącić, choćby miał żałować tego do końca życia. Pokonał dzielące ich kilkanaście centymetrów i przylgnął wargami do jej ust. Prawie mógł wyczuć jej zaskoczenie, ale teraz nie było już odwrotu. Wszystko albo nic. Złapał ją zdecydowanie w talii i z zaskoczeniem poczuł, że wargi dziewczyny rozchylają się nieznacznie, pozwalając mu na więcej. I wtedy poczuł coś dziwnego, jakby odnalazł coś, co zgubił bardzo dawno temu, a życie bez tego było jakby niekompletne. To tych ust poszukiwał u innych dziewczyn. U Astorii, w gronie mugolaczek, które przewinęły się przez ten dom i u kilku pięknych arystokratek. Ale żadne z nich nie przypominały tych. Nie były tak miękkie, tak słodkie... A teraz, gdy w końcu znów je odnalazł, za żadne skarby nie chciał się od nich oddalić.
Zdecydowanym ruchem złapał ją pod uda i podniósł, sadzając delikatnie na stole. Teraz była dokładnie na jego wysokości. Przez tę chwilę ich usta rozłączyły się i kiedy Draco, zachęcony powodzeniem, znów próbował ją pocałować, odsunęła się nieznacznie.
- A Astoria? - zapytała, choć nie wyglądała, jakby chciała poznać odpowiedź na to pytanie.
- Pieprzyć Astorię – odpowiedział krótko i znów przylgnął do jej ust.
A może to wcale nie była kwestia jej ust? Może to nie one odgrywały taką rolę, tylko to, do kogo należały? Czy smakowałyby tak samo słodko, gdyby nic do niej nie czuł? Gdyby jej nie... Odgonił od siebie te myśli. Teraz chciał po prostu ją całować, czerpać z tej chwili jak najwięcej. Położył dłoń na jej udzie i delikatnie je ścisnął. Dotyk jej gładkiej skóry podziałał na niego jak afrodyzjak. Zaczął całować ją mocniej, namiętniej, a fakt, że oddawała pocałunek z taką samą intensywnością tylko go zachęcał. Pragnął jej jak nigdy dotąd. Chciał zerwać z niej ubrania i uprawiać seks na tym cholernym, zabytkowym stole. Powstrzymywał się całą siłą woli, aby nie posunąć się dalej, więc zaciskał tylko mocniej dłoń na jej udzie i przyciągał ją do siebie jeszcze bliżej.
Wreszcie Hermiona odsunęła się od niego nieznacznie, żeby zaczerpnąć oddech. Napięcie między nimi było wręcz namacalne.
- Chyba jednak powinieneś przynieść to wino – zachichotała.
Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi i odsunął na tyle, żeby mogła zejść na podłogę. Chciał pocałować ją znowu, ale uznał, że wystarczy. Napięcie opadło, impuls minął. Ruszył w kierunku drzwi, żeby znaleźć w swoich zbiorach najlepsze wino, jakie posiadał.
- Naprawdę ją kochasz? - usłyszał za sobą jej cichy głos.
Odwrócił się, żeby spojrzeć w jej stronę. Wyglądała jak ktoś, komu wyrwało się nieprzemyślane pytanie, a teraz tego żałuje. Jak ktoś, kto wcale nie chce poznać odpowiedzi, ale z własnej winy będzie musiał ją usłyszeć. Jak poranione zwierze, które pogodzone z losem czeka na kolejny cios. Wyglądała nad wyraz smutno.
Chciał odpowiedzieć jej, że kochał tylko raz w swoim życiu i od tego czasu nie był w stanie poczuć choćby szybszego bicia serca na widok jekiejść kobiety, które nie byłoby spowodowane podnieceniem. Że nie potrafiłby kochać kogoś tak wyrachowanego, okrutnego i innego od stojącej przed nim w tej chwili dziewczyny. Ale milczał. Nie mogło przejść mu to przez gardło, więc zdobył się na coś o wiele prostszego.
- W tych czasach nie ma już pojęcia miłości, Granger. Jest za to rozsądek, a potomek rodu Malfoy'ów musi mieć nienaganny rodowód – uśmiechnął się gorzko.
Chciał już wyjść, ale zatrzymało go coś jeszcze.
- A co z Weasley'em?
Skoro już weszli na drogę rozmowy o ich związkach, postanowił nie pozostawać jej dłużny. Ale poczuł się głupio. Jakby w jakikolwiek sposób widział w nim konkurencję.
- Albo wiesz co? - zreflektował się szybko. - Nie odpowiadaj. To ja jestem tym podłym i niewartym zaufania w naszym układzie. Miałaś prawo o to zapytać, ale ja znam cię zbyt dobrze, Granger. Nigdy nie zdradziłabyś ukochanej osoby.
Posłał jej ostatni uśmiech i wyszedł szybko z kuchni, zanim zmieniłby zdanie i jednak rzucił sie na nią, by znowu poczuć smak jej ust i ciepło ciała.
Sophie przemierzała szybko drogę do rezydencji Malfoy'a. Astoria nadal nie wróciła, więc może to był idealny moment na atak? Pójdzie tam i uwiedzie go. Nie od razu, potrzebowała planu. Przecież nie wparuje tam jak idiotka i nie rozbierze się przed nim. Wszystko powoli, stopniowo. Przyjdzie tam i uda zaskoczoną nieobecnością Astorii. Naprawdę jeszcze nie wróciła? Musiałam pomylić daty, a mogłabym przysiąc, że to dzisiaj! A potem wprosi się na herbatkę, może uda jej się namówić go nawet na coś mocniejszego. Jeżeli nie uda jej się dziś, to przynajmniej stworzy do tego jakąś ładną bazę. Od czegoś trzeba przecież zacząć.
Kiedy była już przed drzwiami coś ją natchnęło. Jakaś intuicja kazała jej zajrzeć przez kuchenne okno znajdujące się zaraz obok nich. A ona zawsze ufała swojej intuicji, jeszcze nigdy jej nie zawiodła. I tak było też tym razem. Z pewnym zainteresowaniem i satysfakcją obserwowała jak Draco Malfoy całuje tę szlamę. Och, coś pięknego! Coś, co wreszcie pozwoli jej ruszyć to wszystko z miejsca. I pozbędzie się Granger, a to ucieszy Notta.
Zrezygnowała z pukania do drzwi. Wyglądało na to, że miała do zrobienia coś ważniejszego do zrobienia. Miała do wysłania pewien list z załączoną do niego fiolką ze wspomnieniem. Uśmiechnęła się do siebie. Już lepiej to wszystko potoczyć się nie mogło.
Kolację zjedli praktycznie w milczeniu, powoli popijając wino. Hermiona nie przepadała za alkoholem, ale postanowiła zrobić wyjątek. Nie odzywali się do siebie, bo wszystko wydawało się nie na miejscu po wydarzeniu w kuchni. Oboje wiedzieli, że powinni o tym porozmawiać, ale nie nie chcieli zaczynać tej konwersacji, a przy okazji żadnej innej.
- To jest naprawdę dobre – zdecydował się wreszcie odezwać i pochwalić przygotowany przez dziewczynę posiłek.
- Dziękuję – odpowiedziała i wypiła spory łyk wina.
Uznała, że na trzeźwo nie da sobie z tym rady, więc postanowiła wypić tyle, żeby choć trochę swobodniej się poczuć. Wisiała nad nimi jedna z bardziej stresujących rozmów w jej życiu. Bo co mógłby jej powiedzieć? Że wszystko jest fajnie, ale za dwa dni wraca Astoria i to się skończyć? Że przecież nie porzuci dla szlamy swojego idealnego życia? Że to wszystko i tak nie mogłoby się udać? Sama bardzo dobrze to wiedziała, ale nie chciała tego usłyszeć z jego ust.
Gdy wreszcie zjedli zostało im już tylko wino.
- Zostaniesz u mnie w pokoju do powrotu Astorii? - zapytał w końcu.
- Mam własny, ale dziękuję za propozycję – odpowiedziała zdawkowym tonem.
- Twój wybór, Granger. Ale muszę przyznać, że będziesz musiała bardziej się postarać, jeżeli chodzi o odkupienie swoich win, kolacja nie wystarczy. A teraz przejdźmy do prawdopodobniej najważniejszej dzisiaj sprawy. Powiedz mi wszystko, co wiesz o Zakonie.
Spojrzała na niego zaskoczona.
- Jeżeli uważasz, że pomogę ci... - zaczęła oburzonym tonem.
- Daj spokój, Granger - przerwał jej. - Ilu was jest? Ilu zdolnych i chętnych do walki?
________________________________________
Powinnam dostać order w dziedzinie nieogarnięcia, napisałam ten rozdział kilka miesięcy temu :D
- Jedz, bo wystygnie – Draco Malfoy stanął w drzwiach w samych bokserkach i z potarganymi włosami.
Całą siłą woli Hermiona oderwała od niego wzrok i przeniosła go na jedzenie.
- Nie trzeba było fatygować Diabełka, sama mogłam to zrobić – mruknęła w odpowiedzi, uśmiechając się delikatnie.
- Ja to usmażyłem, Granger.
Spojrzała na niego zaskoczona.
- Wielki pan Malfoy umie obsługiwać patelnie? Nie poparzyłeś sobie swoich arystokratycznych, delikatnych dłoni? - zapytała z nieskrywaną złośliwością.
Obdarzył ją chłodnym spojrzeniem, przeszedł przez pokój i położył się koło niej na łóżku. W jego zapachu było coś pociągającego. Nie wyczuła perfum, tylko zapach jego ciała, zapach domu. Zapragnęła wtulić się w jego ramiona, zatopić w tym zapachu i spędzić tak resztę dnia. Przez chwilę nawet była tego bliska, ale uświadomiła sobie, że to może działać tylko w nocy. Kiedy wokół nich panuje ciemność i intymna atmosfera, a myśli są inne, śmielsze. W dzień to byłoby coś nienaturalnego, krępującego. Usiadła na łóżku spuszczając nogi na podłogę i spojrzała znów na jedzenie.
- Nie zastanawiaj się, tylko jedz. Przecież cię nie otruję – mruknął i zmierzwił swoje włosy powolnym, leniwym ruchem.
Pochłonęła wszystko bez namysłu, choć w niedoprawionym jedzeniu dało się wyczuć, że Draco nie radzi sobie w kuchni. To sprawiło, że jeszcze bardziej doceniła ten gest.
Potem siedzieli chwilę w milczeniu. Dziewczyna czuła na sobie uporczywe spojrzenie Malfoy'a. Przyglądał jej się intensywnie, ale nie mówił nic. Wreszcie chrząknął.
- Co się stało wczoraj w nocy, Granger? - zapytał cicho, jakby nie był pewien czy w ogóle powinni rozmawiać o tym co dzieje się nocami.
I wtedy to wszystko do niej wróciło. Przerażenie, krew i szepty w jej głowie. Poczuła, że robi jej się słabo na samo wspomnienie. Łzy mimowolnie napłynęły jej do oczu. Nie była słabą osobą, już dawno przestała nią być, ale to było coś innego... Jak proroctwo, jakaś krwawa przepowiednia. Przecież widziała już raz zakrwawionego Malfoy'a, z które powoli uchodziło życie. A jeżeli następnego razu nie przeżyje? Jeżeli znów go straci? A Ginny? Harry? Ron? Rodzice? Jak długo uda im się żyć w ukryciu i ryzykować z każdym wyjściem na targ? Czy kiedyś Draco przyjdzie i poinformuje ją sucho o ich śmierci? A może pokażą jej ich zmasakrowane ciała, jako znak okrutnego triumfu? Mogła stawić czoła brutalności, poniżaniu, uzbrojonym śmierciożercom, ale nie była w stanie wygrać ze swoimi lękami.
- Ja... Miałam po prostu koszmar – wyjąkała.
Draco przysunął się do niej nieznacznie i oparł na łokciach.
- I co w nim było, Granger?
Obrazy same do niej wracały, choć wcale nie chciała ich widzieć. Krew. Pełno krwi. I wszystkie martwe osoby, kroczące powoli w jej kierunku. Zaciskające niewidzialną obrożę na jej gardle, odcinające dopływ powietrza. Ich przejmujące szepty wzbudzające panikę i dreszcze. Powykręcane bólem twarze... Od tego wszystkiego zakręciło jej się w głowie.
- Krew – powiedziała w końcu po długiej chwili ciszy. - I trupy. Otaczały mnie, obwiniały. Byli tam wszyscy moi przyjaciele, rodzina. Byłeś tam też ty.
Łzy spływały szybko po jej policzkach. Całą siłą woli starała się nie zacząć szlochać. Co mogłoby być żałośniejsze? Jest dorosłą kobietą, nie małą dziewczynką. Koszmary nie powinny wzbudzać w niej takich emocji.
Jednak gdy zmieszany Draco położył dłoń na jej ramieniu, nie wytrzymała. Jej ciało zatrzęsło się gwałtownie od płaczu. Chłopak zdecydował się wstać i przyciągnąć do siebie dziewczynę. Pozwolił by wtuliła się w niego całą sobą. Głaskał ją spokojnie po włosach.
- Hej, Granger – powiedział najłagodniej jak umiał. - Przecież wszyscy jesteśmy żywi i mamy się dobrze.
- Nie, moja mama jest chora. Żaden magomedyk nie chce jej przyjąć. Dostałam to w liście od Ginny – zaszlochała.
- Czemu nie powiedziałaś? Zajmę się tym, a teraz spokojnie. Przecież nic się nie dzieje – mówił jak do małego dziecka.
Po jego słowach wtuliła się w niego jeszcze bardziej. Trzęsła się już mniej, atak paniki powoli mijał. Teraz szlochała już tylko cicho, próbując unormować oddech.
- Nie musisz się niczego bać – mówił dalej, widząc, że jego słowa skutkują. - Jestem tutaj, a póki tak jest, nie pozwolę cię nikomu skrzywdzić. A musisz wiedzieć, że nigdzie się nie wybieram i tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Będę tutaj, żeby cię chronić. Nieważne, czy będą to koszmary, śmierciożercy czy sam Voldemort.
Oderwała się od niego na chwilę, żeby spojrzeć mu w oczy. Były czerwone i opuchnięte, lekko wilgotne, ale nie zbierały się w nich żadne nowe łzy.
- To z twoich ust brzmi niedorzecznie – mruknęła tylko i spuściła wzrok.
- Granger, spójrz na mnie i posłuchaj bardzo uważnie. Twoje bezpieczeństwo było moim priorytetem przez ostatnie dwa lata i nic się w tej sprawie nie zmieniło. Czuję się za ciebie odpowiedzialny, biorąc pod uwagę to wszystko, co było kiedyś między nami. I nie zostawię cię ot tak. Zrobiłem to już raz i nigdy nie żałowałem niczego bardziej, niż złamania ci serca.
Odsunęła się od niego powoli i otarła policzki.
- Dziękuję – powiedziała tylko z bladym uśmiechem i wstała. Uznała, że ta sytuacja zmierza w bardzo dziwnym, zbym intymnym, jak na początek dnia kierunku. Im szybciej ją przerwie, tym lepiej oboje na tym wyjdą. Tak, to było w tym momencie najlepsze wyjście z możliwych. Wzięła talerz, kubek po kawie i sztućce, a potem zdecydowanym krokiem wyszła z pokoju nie odwracając się za siebie. Tak będzie lepiej, łatwiej.
Ta myśl w głowie Blaise'a rodziła się od dawna. Ten cały system był chory, spaczony, rasistowski. Ktoś będzie musiał wreszcie to przerwać, a on miał na to zalążki planu. Teraz będzie musiał znaleźć kilka osób, którym będzie mógł zaufać, takich samych szaleńców jak on. Była jeszcze Mary, ale nie chciał jej w to wplątywać. Chociaż ona usilnie dawała mu do zrozumienia, że jest gotowa walczyć, on odsuwał ją od tego jak mógł. Musiał znaleźć sobie mocnego sojusznika w środku. Miał też nadzieję, że kiedy spotka się z Dumbledore'm i przedstawi mu swoją propozycje, pozyska do walki kolejnych czarodziejów. Przecież muszą się zgodzić, to ich jedyna szansa. Przecież nie mogą wiecznie żyć w ukryciu jak szczury. No i pozostaje jeszcze znalezienie sobie wspólnika, a na myśl przychodziła mu tylko jedna osoba. Draco Malfoy musiał się przecież zgodzić. Przecież dla niego też jedyną nadzieją na szczęście jest zniszczenie tego wszystkiego. Póki to trwa będzie mógł żyć obok Hermiony, ale nie z nią.
- Co planujesz? - z zamyślenia wyrwał go głos Mary.
Ostatnio większość wolnego czasu spędzała w jego posiadłości. Nott pił coraz częściej i stawał się agresywny. Blaise starał się przekonać ją, żeby zamieszkała tutaj, przecież w jego ogromnym, pustym domu znalazłoby się dla niej sporo miejsca, ale ona zawzięcie odmawiała. Bała się. Tak samo, jak obawiała się powrotów do własnego domu i mężczyzny, którego kocha.
- Mary, daj sobie spokój. Masz zbyt wiele do stracenia – próbował zbyć ją jak najbardziej.
Przerabiali tę rozmowę miliony razy. Za każdym razem próbowała poznać choć część jego planu i mu pomóc, ale on był nieugięty. Za bardzo się o nią martwił.
- Muszę spotkać się z Draconem jeszcze dzisiaj – mruknął tylko. - Zostań tutaj, ja niedługo wrócę.
Chciał od niej uciec jak najszybciej. Od jej pytań i intensywnych spojrzeń. A w dodatku czekała go trudna rozmowa z Dumbledore'm i musiał się do niej odpowiednio przygotować, a do tego potrzebował pomocy przyjaciela.
Rozważał użycie kominka, ale uznał, że nie chce wpakować się tak bez ostrzeżenia do jego mieszkania. Teleportował się więc pod jego rezydencję. Przeszedł zdecydowanym krokiem przez całą tę zieleń otaczającą dom Dracona i mocno zapukał do drzwi. Nie musiał długo czekać. Otworzył mu sam gospodarz z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
- Musimy porozmawiać – wypalił Balise bez większych wstępów.
Draco kiwnął lekko głową i wpuścił przyjaciela do środka. Zaprowadził go od razu do salonu i rozsiadł się na fotelu.
- Granger czyta u siebie, nie będzie nam przeszkadzać.
- Draco, sprawa jest delikatna – Balaise nie był do końca pewien jak powinien zacząć tę rozmowę.
- Po prostu powiedz – chłopak wywrócił oczami zniecierpliwiony.
- Poprosiłem Dumbledore'a o spotkanie i czekam na jego odpowiedź – wydusił z siebie na jednym wydechu. - Draco, ja nie wiem, jaki dokładnie jest twój stosunek do tego wszystkiego, ale Anglia zmierza do zuepłnej destrukcji, a ja mam już dość patrzenia na to wszystko. Jeżeli trzeba będzie, to poniosę ofiarę, żeby pokazać innym, że powinni walczyć. Bo ja mam już dość, do cholery, życia w strachu.
- Blaise, dobrze wiesz, że to szaleństwo – odpowiedział wypranym z emocji tonem.
- Może i tak, ale jak myślisz, ile jeszcze uda ci się ukrywać tu Granger? Ile czasu minie, aż uznają, że jej obecność nic nowego nie wnosi i wyciągną ją na publiczną egzekucję? A ty będziesz musiał na to patrzeć, dobrze o tym wiesz. Nie będziesz mógł odwrócić wzroku, żeby nie nabrali podejrzeń. Kto wie, może każą ci ją torturować? Zabije ją Voldemort, to pewne, ale ile razy wcześniej rzucą na nią jakaś klątwę, ile razy zgwałcą? - mówił cicho, żeby mieć pewność, że Granger nie usłyszy ich z drugiego końca salonu. - A ja nie chcę już tak żyć, nie chcę martwić się o Ginny, o Mary, o moich bliskich. Ale nie poradzę sobie sam, nie jestem głupi. Potrzebuję sojusznika i Zakonu. Zaufanych ludzi. A ja wiem, że ty masz jakieś układy z Dumbeldorem. To przecież on nigdy nie podsyłał Zakonowi informacji o tobie, żeby Granger nie dowiedziała się, że żyjesz.
- Jak ty to sobie niby wyobrażasz?
- Najpierw do niego napisz i poproś o spotkanie jak najszybciej, tobie ufa, nie będzie bał się podstępu.
Nastała chwila ciszy. Draco schował twarz w dłoniach i westchnął. Blaise nie chciał go popędzać, w końcu nie jest to łatwa decyzja.
- Nie mówię, że się zgadzam na całe to szaleństwo, ale zgadzam się na spotkanie z Dumbledorem. Zawołam zaraz Granger, żeby przyniosła mi pergamin z gabinetu, a my przedyskutujemy treść listu – głos miał oficjalny, jakby zwracał się do interesanta, nie przyjaciela.
Wszedł bardzo cicho do kuchni i spojrzał na dziewczynę stojącą przy blacie i krojącą mięso. Chyba chciała odwdzięczyć się za śniadanie, bo na stole leżały kawałki wołowiny, a z garnka unosił się zapach czegoś, co najprawdopodobniej było sosem. Czegoś takiego nie jadł już dawno. Zazwyczaj nie starała się jakoś szczególnie,a monotonia która zapanowała od wyjazdu Astorii robiła się nie do zniesienia. Przecież ile dni pod rząd można jeść drób?
- Powinienem przynieść wino? - zapytał z nutką rozbawienia.
Dziewczyna podskoczyła nieznacznie, najwidoczniej nie usłyszała, jak skradał sie do kuchni i do tej pory nie zdawała sobie sprawy z jego obecności.
- Wino? Nie widzę takie potrzeby – odpowiedziała z uśmiechem.
- Kolacja to trochę zbyt mało, żeby wkupić się w moje łaski – zaśmiał się i podszedł do niej.
- A kto chciałby się w nie wkupywać? - zaśmiała się.
Stanął obok niej i przyjrzał się rozłożonym na stole składnikom.
- Świętujemy coś dzisiaj? - zapytał patrząc podejrzliwie na wołowinę.
Dziewczyna wbiła wzrok w blat. Zrobiła się nagle pochmurna i jakby zażenowana. Nie umiała ukrywać poczucia winy.
- No? Co? - zapytał, a jego dobry nastrój jakby wyparował.
- Ja... Ja nie chciałam, Draco, naprawdę. Kazałeś mi iść do swojego gabinetu po ten list, a ja... Ja znalazłam też inny. Nie szperałam w twoich rzeczach, przysięgam. Ja tylko... Sama nie wiem, czemu to przeczytałam, przepraszam.
- Co przeczytałaś? - warknął, a mięśnie na jego twarzy napięły się niebezpiecznie.
Czy naprawdę była tak wścibska, że nie mogła powstrzymać się od przegrzebania mu rzeczy, czy tak głupia, że mu się do tego przyznawała.
- List. Do Dumbledore'a. Z prośbą o opisanie stanu mojej mamy ze wszystkimi objawami, bo chcesz skonsultować to z magomedykiem. Ja naprawdę to doceniam i ci za to dziękuję! - nadal patrzyła uparcie w blat i zrobiła się całą czerwona ze wstydu.
Czyli znalazła tylko to... Kamień spadł mu z serca. Jakoś nie wyobrażał sobie, żeby Hermiona mogła przejrzeć podpisane przez niego i gotowe do wysłania wyroki śmierci lub inne nieprzeznaczone dla niej rzeczy.
- Nie powinnaś dotykać moich rzeczy – prawie krzyknął.
Nie chciał sprawić jej przykrości, ale musiał wyraźnie zaznaczyć granice. Podświadomie bał się też, że mogła znaleźć tam listę gości na ślub jego i Astorii, która leżała przecież tak blisko tego listu. A to były rzeczy, którymi nie chciał się z nią dzielić. Zrobił zdecydowany krok w jej stronę i stanął tak blisko, że praktycznie nie było między nimi przestrzeni.
- Ja naprawdę przepraszam! Leżał niedokończony na biurku, zobaczyłam tam swoje nazwisko i sama nie wiem... - teraz dla odmiany patrzyła prosto na niego.
- I uznałaś, że skoro widnieje tam twoje nazwisko, to możesz sobie to bezkarnie przeczytać? - teraz nie krył już złości.
- Naprawdę przepraszam.
Hermiona położyła mu delikatnie dłoń na policzku. Niepewnie, jakby bała się, że ją odtrąci lub wpadnie w szał. A on tylko stał. Patrzył prostu w jej orzechowe oczy i nie wykonywał żadnego ruchu. Widział jak jej piersi unoszą się i opadają nienaturalnie szybko. Jej twarz zachowała spokój, ale zdradzała ją reszta jej ciała, przyspieszony oddech. W tej ciszy prawie mógł usłyszeć jak szybko bije jej serce. A potem zrobił coś nieprzemyślanego. Wabiony jej dotykiem i zapachem zapragnął więcej, choćby miała go odtrącić, choćby miał żałować tego do końca życia. Pokonał dzielące ich kilkanaście centymetrów i przylgnął wargami do jej ust. Prawie mógł wyczuć jej zaskoczenie, ale teraz nie było już odwrotu. Wszystko albo nic. Złapał ją zdecydowanie w talii i z zaskoczeniem poczuł, że wargi dziewczyny rozchylają się nieznacznie, pozwalając mu na więcej. I wtedy poczuł coś dziwnego, jakby odnalazł coś, co zgubił bardzo dawno temu, a życie bez tego było jakby niekompletne. To tych ust poszukiwał u innych dziewczyn. U Astorii, w gronie mugolaczek, które przewinęły się przez ten dom i u kilku pięknych arystokratek. Ale żadne z nich nie przypominały tych. Nie były tak miękkie, tak słodkie... A teraz, gdy w końcu znów je odnalazł, za żadne skarby nie chciał się od nich oddalić.
Zdecydowanym ruchem złapał ją pod uda i podniósł, sadzając delikatnie na stole. Teraz była dokładnie na jego wysokości. Przez tę chwilę ich usta rozłączyły się i kiedy Draco, zachęcony powodzeniem, znów próbował ją pocałować, odsunęła się nieznacznie.
- A Astoria? - zapytała, choć nie wyglądała, jakby chciała poznać odpowiedź na to pytanie.
- Pieprzyć Astorię – odpowiedział krótko i znów przylgnął do jej ust.
A może to wcale nie była kwestia jej ust? Może to nie one odgrywały taką rolę, tylko to, do kogo należały? Czy smakowałyby tak samo słodko, gdyby nic do niej nie czuł? Gdyby jej nie... Odgonił od siebie te myśli. Teraz chciał po prostu ją całować, czerpać z tej chwili jak najwięcej. Położył dłoń na jej udzie i delikatnie je ścisnął. Dotyk jej gładkiej skóry podziałał na niego jak afrodyzjak. Zaczął całować ją mocniej, namiętniej, a fakt, że oddawała pocałunek z taką samą intensywnością tylko go zachęcał. Pragnął jej jak nigdy dotąd. Chciał zerwać z niej ubrania i uprawiać seks na tym cholernym, zabytkowym stole. Powstrzymywał się całą siłą woli, aby nie posunąć się dalej, więc zaciskał tylko mocniej dłoń na jej udzie i przyciągał ją do siebie jeszcze bliżej.
Wreszcie Hermiona odsunęła się od niego nieznacznie, żeby zaczerpnąć oddech. Napięcie między nimi było wręcz namacalne.
- Chyba jednak powinieneś przynieść to wino – zachichotała.
Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi i odsunął na tyle, żeby mogła zejść na podłogę. Chciał pocałować ją znowu, ale uznał, że wystarczy. Napięcie opadło, impuls minął. Ruszył w kierunku drzwi, żeby znaleźć w swoich zbiorach najlepsze wino, jakie posiadał.
- Naprawdę ją kochasz? - usłyszał za sobą jej cichy głos.
Odwrócił się, żeby spojrzeć w jej stronę. Wyglądała jak ktoś, komu wyrwało się nieprzemyślane pytanie, a teraz tego żałuje. Jak ktoś, kto wcale nie chce poznać odpowiedzi, ale z własnej winy będzie musiał ją usłyszeć. Jak poranione zwierze, które pogodzone z losem czeka na kolejny cios. Wyglądała nad wyraz smutno.
Chciał odpowiedzieć jej, że kochał tylko raz w swoim życiu i od tego czasu nie był w stanie poczuć choćby szybszego bicia serca na widok jekiejść kobiety, które nie byłoby spowodowane podnieceniem. Że nie potrafiłby kochać kogoś tak wyrachowanego, okrutnego i innego od stojącej przed nim w tej chwili dziewczyny. Ale milczał. Nie mogło przejść mu to przez gardło, więc zdobył się na coś o wiele prostszego.
- W tych czasach nie ma już pojęcia miłości, Granger. Jest za to rozsądek, a potomek rodu Malfoy'ów musi mieć nienaganny rodowód – uśmiechnął się gorzko.
Chciał już wyjść, ale zatrzymało go coś jeszcze.
- A co z Weasley'em?
Skoro już weszli na drogę rozmowy o ich związkach, postanowił nie pozostawać jej dłużny. Ale poczuł się głupio. Jakby w jakikolwiek sposób widział w nim konkurencję.
- Albo wiesz co? - zreflektował się szybko. - Nie odpowiadaj. To ja jestem tym podłym i niewartym zaufania w naszym układzie. Miałaś prawo o to zapytać, ale ja znam cię zbyt dobrze, Granger. Nigdy nie zdradziłabyś ukochanej osoby.
Posłał jej ostatni uśmiech i wyszedł szybko z kuchni, zanim zmieniłby zdanie i jednak rzucił sie na nią, by znowu poczuć smak jej ust i ciepło ciała.
Sophie przemierzała szybko drogę do rezydencji Malfoy'a. Astoria nadal nie wróciła, więc może to był idealny moment na atak? Pójdzie tam i uwiedzie go. Nie od razu, potrzebowała planu. Przecież nie wparuje tam jak idiotka i nie rozbierze się przed nim. Wszystko powoli, stopniowo. Przyjdzie tam i uda zaskoczoną nieobecnością Astorii. Naprawdę jeszcze nie wróciła? Musiałam pomylić daty, a mogłabym przysiąc, że to dzisiaj! A potem wprosi się na herbatkę, może uda jej się namówić go nawet na coś mocniejszego. Jeżeli nie uda jej się dziś, to przynajmniej stworzy do tego jakąś ładną bazę. Od czegoś trzeba przecież zacząć.
Kiedy była już przed drzwiami coś ją natchnęło. Jakaś intuicja kazała jej zajrzeć przez kuchenne okno znajdujące się zaraz obok nich. A ona zawsze ufała swojej intuicji, jeszcze nigdy jej nie zawiodła. I tak było też tym razem. Z pewnym zainteresowaniem i satysfakcją obserwowała jak Draco Malfoy całuje tę szlamę. Och, coś pięknego! Coś, co wreszcie pozwoli jej ruszyć to wszystko z miejsca. I pozbędzie się Granger, a to ucieszy Notta.
Zrezygnowała z pukania do drzwi. Wyglądało na to, że miała do zrobienia coś ważniejszego do zrobienia. Miała do wysłania pewien list z załączoną do niego fiolką ze wspomnieniem. Uśmiechnęła się do siebie. Już lepiej to wszystko potoczyć się nie mogło.
Kolację zjedli praktycznie w milczeniu, powoli popijając wino. Hermiona nie przepadała za alkoholem, ale postanowiła zrobić wyjątek. Nie odzywali się do siebie, bo wszystko wydawało się nie na miejscu po wydarzeniu w kuchni. Oboje wiedzieli, że powinni o tym porozmawiać, ale nie nie chcieli zaczynać tej konwersacji, a przy okazji żadnej innej.
- To jest naprawdę dobre – zdecydował się wreszcie odezwać i pochwalić przygotowany przez dziewczynę posiłek.
- Dziękuję – odpowiedziała i wypiła spory łyk wina.
Uznała, że na trzeźwo nie da sobie z tym rady, więc postanowiła wypić tyle, żeby choć trochę swobodniej się poczuć. Wisiała nad nimi jedna z bardziej stresujących rozmów w jej życiu. Bo co mógłby jej powiedzieć? Że wszystko jest fajnie, ale za dwa dni wraca Astoria i to się skończyć? Że przecież nie porzuci dla szlamy swojego idealnego życia? Że to wszystko i tak nie mogłoby się udać? Sama bardzo dobrze to wiedziała, ale nie chciała tego usłyszeć z jego ust.
Gdy wreszcie zjedli zostało im już tylko wino.
- Zostaniesz u mnie w pokoju do powrotu Astorii? - zapytał w końcu.
- Mam własny, ale dziękuję za propozycję – odpowiedziała zdawkowym tonem.
- Twój wybór, Granger. Ale muszę przyznać, że będziesz musiała bardziej się postarać, jeżeli chodzi o odkupienie swoich win, kolacja nie wystarczy. A teraz przejdźmy do prawdopodobniej najważniejszej dzisiaj sprawy. Powiedz mi wszystko, co wiesz o Zakonie.
Spojrzała na niego zaskoczona.
- Jeżeli uważasz, że pomogę ci... - zaczęła oburzonym tonem.
- Daj spokój, Granger - przerwał jej. - Ilu was jest? Ilu zdolnych i chętnych do walki?
________________________________________
Powinnam dostać order w dziedzinie nieogarnięcia, napisałam ten rozdział kilka miesięcy temu :D
wtorek, 7 czerwca 2016
Rozdział 15 - Demony.
10 komentarzy:
Autor:
Mary
Na początku czuję, że jestem winna wyjaśnienia. Na przestrzeni ostatnich miesięcy moje życie wywróćiło sie do góry nogami i chwilę tak lewitowało, a potem z hukiem łupnęło o posadzkę. Trochę mi zajeło pozbieranie go do stanu używalności, ale na razie jakoś się trzyma i leczy siniaki.
Rozdział nie przejrzany pod kątem błędów, ale zrobię to jak najszybciej w ciągu kilku dni, bo na razie nie mam zupełnie czasu.
~Mary!
________________________________________________________________
Obudził go ostry ból w boku. Syknał cicho i próbował delikatnie się przekręcić, ale uniemożliwiała mu to wtulona w niego Astoria. W odruchowym geście pogłaskał ją po głowie i pierwszym co w tej całej sytuacji mu nie pasowało, to struktura jej włosów. Zamiast aksamitnych, gładkich pasm, jego dłoń trafiła na splątane loki. Z zaskoczeniem spojrzał w bok i zobaczył przytuloną do niego Hermionę. Wspomnienia z poprzedniej nocy przeleciały przez jego mózg w przyspieszonym tempie. Śmierciożercy, nóż, krew, ból... Hermiona, która siedziała przy jego łóżku. A teraz leżała tuż przy nim w jego łóżku. Czuł na sobie ciepło jej ciała, a gorący oddech muskał jego tors. Pogłaskał ją o włosach jeszcze raz, choć nawet nie wiedział, dlaczego to zrobił. Tak miło było czuć je pod palcami. Zamknął oczy i przez chwilę rozkoszował się uczuciem, że są o dwa lata młodsi i leżą w jego dormitorium w Hogwarcie. A potem uświadomił sobie, jak bardzo jest to bezsensowne. Tame czasy minęły. Trwa wojna. Nigdzie nie jest bezpiecznie i życie ich obojga wisi na włosku. Nie są już tymi samymi ludźmi, którymi byli wtedy.
Dziewczyna bardzo delikatnie uniosła głowę i ziewnęła. A potem na chwilę znieruchomiała. Odwróciła się i utkwiła w Draconie zlęknione spojrzenie. Potem bardzo powoli odsunęła się od niego na bezpieczną odległość, a jemu nagle zrobiło się przeraźliwie zimno.
- Jak się czujesz? - zapytała po chwili, czujnie mu się przyglądając.
- Chyba dobrze – odpowiedział, choć ból w boku doskwierał mu coraz bardziej. - Wstajesz już?
- Tak, myślę, że mam dużo pracy na dzisiaj – odpowiedziała, zawstydzona spuszczając wzrok. - Ale ty powinnieneś dzisiaj leżeć.
- Nie musisz nic robić, nie ma Astorii, pamiętasz?
Dziewczyna w odpowiedzi tylko znów opadła na poduszkę. Ta noc była dla niej straszna i nadal czuła się tak okropnie zmęczona... Nie chciała ruszać się z tego łóżka. Jeszcze nie teraz... A najlepiej nigdy. Gdy nie mogła spać i leżała słuchając spokojnego oddechu Dracona, uświadomiła sobie coś bardzo istotnego. Nie potrafiła go nienawidzić. Nie potrafiła nawet być obojętna. Kiedy prawie straciła go po raz drugi, uświadomiła sobie, że choć minęły lata, nie minęło jej uczucie. Nie gdy znów myślała, że jest martwy... Mogła to ukrywać, mogła się tego wypierać, mogła kłócić się sama ze sobą godzinami, ale nie potrafiła przekonać sama siebie, że skończyła się jej miłość. A może po prostu tak już jest? Może gdy raz sie kogoś pokocha, to ta miłość nigdy nie minie? Mimo tylu złych rzeczy, które kiedykolwiek jej wyrządził. Mimo wszystkich łez, mimo cierpienia i bólu. To głęboko ukryte uczucie pojawiło się w niej, gdy widziała go zakrawawionego na posadzce. Za nic w świecie nie chciała stracić go znowu. Nie, kiedy wrócił do jej życia. Ale to tyle. On ma Astorię, kocha kogoś, zapewne jest szczęśliwy. Ustalili przecież, że ich uczucie się skończyło... Tak będzie lepiej. Oboje ułożyli sobie życie i ona powinna się tego trzymać.
- Może chciałbyś zjeść dzisiaj coś szczególnego? - zapytała w końcu, siląc się na uśmiech.
- Dzisiaj nie chciałbym po prostu być sam – szepnął i zamknął oczy.
- Draco... - zaczęła dziewczyna dokładnie dobierając słowa. - Co my robimy? Nie mogę tak po prostu spać w twoim łóżku pod nieobecność Astorii. Nie możesz tak po prostu wracać do mojego życia w ten sposób. Nie po tym wszystkim. Ja nie wiem, czy...
- Zamknij się, Granger i po prostu leż – przerwał jej marszcząc czoło.
Dziewczyna nie miała już ochoty na dalsze dyskusje. Po prostu zamknęła oczy i za wszelką cenę próbowała przywołać obaz Rona, aby choć na chwilę zagłuszyć swoje uczucia.
- Malfoy, jeżeli trzeci raz będę musiała myśleć, że nie żyjesz, to cię zabiję. Rozumiesz? - mruknęła niewyraźnie, znów zapadając w sen.
Draco w odpowiedzi zaśmiał się tylko cicho. Spojrzał na jej wątłe ciało i nagle zapragnął znów mocno ją do siebie przytulić, żeby chociaż na chwilę poczuć przy sobie jej ciepło. A może chodziło mu po prostu o ciepło drugiego człowieka? Czy gdyby leżała tu teraz Astoria, też odczuwałby taką chęć? Odgonił od siebie te myśli jak najdalej i przykrył się szczelniej. Ciepło kołdry musiało mu tego poranka wystarczyć.
Szukała właśnie jakiegoś ciekawego przepisu w magocznej ksiązce kucharskiej, gdy rozległo się donośne pukanie do drzwi. Serce podskoczyło jej na ten dźwięk do gardła, natychmiast przypomniała sobie o horrorze poprzedniej nocy. Ale przecież teraz był środek dni.
- Nikt nie przychodzi przecież z morderczymi zamiarami o trzynastej, Hermiono – zganiła się w myślach i odetchnęła głęboko. Wyjrzała przez wizjer i z ulgą zobaczyła twarz Zabiniego. Pospiesznie otworzyła drzwi i wpuściła go do środka.
- Jak on się czuje? - zapytał chłopak na wstępie.
- Jest chyba lepiej. Nawet zaczęły trzymać się go już żarty – mruknęła wywracając oczami.
- A wymyślił już, co zrobi z tymi dwoma i jednym trupem? Nadal zamieszkują przecież jego lochy.
Rozdział nie przejrzany pod kątem błędów, ale zrobię to jak najszybciej w ciągu kilku dni, bo na razie nie mam zupełnie czasu.
~Mary!
________________________________________________________________
Obudził go ostry ból w boku. Syknał cicho i próbował delikatnie się przekręcić, ale uniemożliwiała mu to wtulona w niego Astoria. W odruchowym geście pogłaskał ją po głowie i pierwszym co w tej całej sytuacji mu nie pasowało, to struktura jej włosów. Zamiast aksamitnych, gładkich pasm, jego dłoń trafiła na splątane loki. Z zaskoczeniem spojrzał w bok i zobaczył przytuloną do niego Hermionę. Wspomnienia z poprzedniej nocy przeleciały przez jego mózg w przyspieszonym tempie. Śmierciożercy, nóż, krew, ból... Hermiona, która siedziała przy jego łóżku. A teraz leżała tuż przy nim w jego łóżku. Czuł na sobie ciepło jej ciała, a gorący oddech muskał jego tors. Pogłaskał ją o włosach jeszcze raz, choć nawet nie wiedział, dlaczego to zrobił. Tak miło było czuć je pod palcami. Zamknął oczy i przez chwilę rozkoszował się uczuciem, że są o dwa lata młodsi i leżą w jego dormitorium w Hogwarcie. A potem uświadomił sobie, jak bardzo jest to bezsensowne. Tame czasy minęły. Trwa wojna. Nigdzie nie jest bezpiecznie i życie ich obojga wisi na włosku. Nie są już tymi samymi ludźmi, którymi byli wtedy.
Dziewczyna bardzo delikatnie uniosła głowę i ziewnęła. A potem na chwilę znieruchomiała. Odwróciła się i utkwiła w Draconie zlęknione spojrzenie. Potem bardzo powoli odsunęła się od niego na bezpieczną odległość, a jemu nagle zrobiło się przeraźliwie zimno.
- Jak się czujesz? - zapytała po chwili, czujnie mu się przyglądając.
- Chyba dobrze – odpowiedział, choć ból w boku doskwierał mu coraz bardziej. - Wstajesz już?
- Tak, myślę, że mam dużo pracy na dzisiaj – odpowiedziała, zawstydzona spuszczając wzrok. - Ale ty powinnieneś dzisiaj leżeć.
- Nie musisz nic robić, nie ma Astorii, pamiętasz?
Dziewczyna w odpowiedzi tylko znów opadła na poduszkę. Ta noc była dla niej straszna i nadal czuła się tak okropnie zmęczona... Nie chciała ruszać się z tego łóżka. Jeszcze nie teraz... A najlepiej nigdy. Gdy nie mogła spać i leżała słuchając spokojnego oddechu Dracona, uświadomiła sobie coś bardzo istotnego. Nie potrafiła go nienawidzić. Nie potrafiła nawet być obojętna. Kiedy prawie straciła go po raz drugi, uświadomiła sobie, że choć minęły lata, nie minęło jej uczucie. Nie gdy znów myślała, że jest martwy... Mogła to ukrywać, mogła się tego wypierać, mogła kłócić się sama ze sobą godzinami, ale nie potrafiła przekonać sama siebie, że skończyła się jej miłość. A może po prostu tak już jest? Może gdy raz sie kogoś pokocha, to ta miłość nigdy nie minie? Mimo tylu złych rzeczy, które kiedykolwiek jej wyrządził. Mimo wszystkich łez, mimo cierpienia i bólu. To głęboko ukryte uczucie pojawiło się w niej, gdy widziała go zakrawawionego na posadzce. Za nic w świecie nie chciała stracić go znowu. Nie, kiedy wrócił do jej życia. Ale to tyle. On ma Astorię, kocha kogoś, zapewne jest szczęśliwy. Ustalili przecież, że ich uczucie się skończyło... Tak będzie lepiej. Oboje ułożyli sobie życie i ona powinna się tego trzymać.
- Może chciałbyś zjeść dzisiaj coś szczególnego? - zapytała w końcu, siląc się na uśmiech.
- Dzisiaj nie chciałbym po prostu być sam – szepnął i zamknął oczy.
- Draco... - zaczęła dziewczyna dokładnie dobierając słowa. - Co my robimy? Nie mogę tak po prostu spać w twoim łóżku pod nieobecność Astorii. Nie możesz tak po prostu wracać do mojego życia w ten sposób. Nie po tym wszystkim. Ja nie wiem, czy...
- Zamknij się, Granger i po prostu leż – przerwał jej marszcząc czoło.
Dziewczyna nie miała już ochoty na dalsze dyskusje. Po prostu zamknęła oczy i za wszelką cenę próbowała przywołać obaz Rona, aby choć na chwilę zagłuszyć swoje uczucia.
- Malfoy, jeżeli trzeci raz będę musiała myśleć, że nie żyjesz, to cię zabiję. Rozumiesz? - mruknęła niewyraźnie, znów zapadając w sen.
Draco w odpowiedzi zaśmiał się tylko cicho. Spojrzał na jej wątłe ciało i nagle zapragnął znów mocno ją do siebie przytulić, żeby chociaż na chwilę poczuć przy sobie jej ciepło. A może chodziło mu po prostu o ciepło drugiego człowieka? Czy gdyby leżała tu teraz Astoria, też odczuwałby taką chęć? Odgonił od siebie te myśli jak najdalej i przykrył się szczelniej. Ciepło kołdry musiało mu tego poranka wystarczyć.
Szukała właśnie jakiegoś ciekawego przepisu w magocznej ksiązce kucharskiej, gdy rozległo się donośne pukanie do drzwi. Serce podskoczyło jej na ten dźwięk do gardła, natychmiast przypomniała sobie o horrorze poprzedniej nocy. Ale przecież teraz był środek dni.
- Nikt nie przychodzi przecież z morderczymi zamiarami o trzynastej, Hermiono – zganiła się w myślach i odetchnęła głęboko. Wyjrzała przez wizjer i z ulgą zobaczyła twarz Zabiniego. Pospiesznie otworzyła drzwi i wpuściła go do środka.
- Jak on się czuje? - zapytał chłopak na wstępie.
- Jest chyba lepiej. Nawet zaczęły trzymać się go już żarty – mruknęła wywracając oczami.
- A wymyślił już, co zrobi z tymi dwoma i jednym trupem? Nadal zamieszkują przecież jego lochy.
Hermiona jakby zupełnie o tym
zapomniała i uświadomienie sobie że tak niedaleko niej są
mężczyźni, którzy chcieli ją zabić i zaatakowali Dracona
przyprawiło ją o mdłości. Wolała na razie o tym nie myśleć i
nie poinformowała też o tym Malfoy'a. Na szczęście sam z siebie
też o nich nie pytał. Może uznał, że problemem zajął się
Zabini?
- Nie... Nie rozmawialiśmy o tym jeszcze i szczerze mówiąc... Nie wiem jak zaczać tamet – wyjąkałą i spóściła wzrok.
- Zajmę się tym potem – westchnął Zabini. - Teraz mam na głowie coś o wiele ważniejszego i potrzebuję twojej pomocy, Hermiono.
- Mojej? - zapytała z wyraźną nutą zaskoczenia.
- Tak, Granger, twojej i tylko twojej. Będzie potrzebne ci pióro.
Wysoki, postawny mężczyzna opierał się o ceglaną ścianę obskunego budynku. Bardzo uważnie obserwował ciemną, brudną ulicę. Pierwszy raz zapuścił się w to miejsce i zaczynał żałować. Był w najgorszej dzielnicy miasta. Dzielnicy wyrzutków, przestępców i szlam. Chodnik i ulicę pokrywały warstwy śmieci i truchła ptaków oraz szczurów. Zawsząd unosił się zapach zgnilizny. Przybysz marszczył co chwilę nos, próbując zrobić cokolwiek, by pozbyć się tego mdlącego zapachu. Szare, obdrapane budynki nosiły po pobie ślady walki. Na niektórych ścianach dostrzec można było ślady krwi. Ale nie była to sprawka śmierciożerców i mężczyzna dobrze o tym wiedział. Oni się tutaj nie zapuszczali, omijali to miejsce z daleka. Więc te podłe kreatury musiały wyżynać się same...
Ta ulica zdecydowanie nie należała do ruchliwych. Była wyjątkowo wąska i ciemna, z mnóstwem odchodzących od niej uliczek prowadzących do nikąd. Wprost idealne miejsce do szemranych interesów i rozpłynięcia się we mgle.
Powoli zaczynał się już niecierpliwić. Jeżeli ktoś podał mu fałszywą informację, to słono za to zapłaci. Nie zamierzał stać w tej cholernej, szczurzej dzielnicy na darmo. W grubej, czarnej bluzie z kapturem było mu okropnie gorąco, ale zapewniała mu potrzebną anonimowość. Stał wściekły i już w umyśle planował zemstę na tym kretynie, który wprowadził go w błąd, gdy nagle na początku ulicy pojawił się chudy, przygarbiony mężczyzna. To musiał być on, o tej porze nikt normalny nie włóczył się tędy samotnie. Przestał mieć jakiekolwiek wątpliwości, gdy postać zatrzymała się zaraz przed nim.
- Witaj, Rollins – powiedział mężczyzna cicho.
- Witaj – odpowiedział czarodziej i ściągnął z głowy kaptur.
Reakcja przybysza była natychmiastowa. Wyjął różdżkę i wymierzył nią w czarnoskórego chłopaka.
- Czego chcesz, Blaise? - warknął.
- Przychodzę w pokoju – odpowiedział chłopak i uniósł ręce pokazując, że jest bezpronny.
- Nie wiem, co to za podstęp, ale żywego mnie nie dostaniecie! Więc lepiej powiedz od razu czego chcesz i sąkd wiedziałeś, że mam tu umówione spotkanie.
- Spokojnie. Przyszedłem sam i w dodatku nieuzbrojony. Nie chcę walczyć, chcę porozmawiać.
Stał nieruchomo, majac nadzieję, że czarodziej opuści zaraz różdżkę, ale nic takiego się nie stało. Cholera, czemu nie przemyślał tego lepiej? Powinien opracować sobie cały monolog o swoich motywach, a tak naprawdę nie miał nic. I jak na złość nic sensownego nie przychodziło mu teraz do głowy. Miał tylko swoją małą tajną broń ukrytą w kieszeni bluzy.
- Mam coś dla ciebie, muszę tylko po to sięgnąć. To bardzo ważne i dotyczy Hermiony Granger. Mam dla ciebie list od niej.
Mężczyzna zwarszczył czoło i nie spuszaczjąc wzroku z Zabiniego, kiwnął powoli głową.
- Żadnych gwałtownych ruchów – mruknął tylko w odpowiedzi.
Blaise bardzo powoli opuścił prawą rękę i skierował ją w stronę kieszeni. Odetchnął z ulgą gdy pod palcami wyczuł papier. Wyciągnął go w stronę mężczyzny.
- Accio list – mruknął czarodziej i były ślizgon poczuł jak kartka umyka mu z dłoni.
Jego wzrok szybko prześlizgiwał się po starannym, dziewczęcym piśmie.
- Nie... Nie rozmawialiśmy o tym jeszcze i szczerze mówiąc... Nie wiem jak zaczać tamet – wyjąkałą i spóściła wzrok.
- Zajmę się tym potem – westchnął Zabini. - Teraz mam na głowie coś o wiele ważniejszego i potrzebuję twojej pomocy, Hermiono.
- Mojej? - zapytała z wyraźną nutą zaskoczenia.
- Tak, Granger, twojej i tylko twojej. Będzie potrzebne ci pióro.
Wysoki, postawny mężczyzna opierał się o ceglaną ścianę obskunego budynku. Bardzo uważnie obserwował ciemną, brudną ulicę. Pierwszy raz zapuścił się w to miejsce i zaczynał żałować. Był w najgorszej dzielnicy miasta. Dzielnicy wyrzutków, przestępców i szlam. Chodnik i ulicę pokrywały warstwy śmieci i truchła ptaków oraz szczurów. Zawsząd unosił się zapach zgnilizny. Przybysz marszczył co chwilę nos, próbując zrobić cokolwiek, by pozbyć się tego mdlącego zapachu. Szare, obdrapane budynki nosiły po pobie ślady walki. Na niektórych ścianach dostrzec można było ślady krwi. Ale nie była to sprawka śmierciożerców i mężczyzna dobrze o tym wiedział. Oni się tutaj nie zapuszczali, omijali to miejsce z daleka. Więc te podłe kreatury musiały wyżynać się same...
Ta ulica zdecydowanie nie należała do ruchliwych. Była wyjątkowo wąska i ciemna, z mnóstwem odchodzących od niej uliczek prowadzących do nikąd. Wprost idealne miejsce do szemranych interesów i rozpłynięcia się we mgle.
Powoli zaczynał się już niecierpliwić. Jeżeli ktoś podał mu fałszywą informację, to słono za to zapłaci. Nie zamierzał stać w tej cholernej, szczurzej dzielnicy na darmo. W grubej, czarnej bluzie z kapturem było mu okropnie gorąco, ale zapewniała mu potrzebną anonimowość. Stał wściekły i już w umyśle planował zemstę na tym kretynie, który wprowadził go w błąd, gdy nagle na początku ulicy pojawił się chudy, przygarbiony mężczyzna. To musiał być on, o tej porze nikt normalny nie włóczył się tędy samotnie. Przestał mieć jakiekolwiek wątpliwości, gdy postać zatrzymała się zaraz przed nim.
- Witaj, Rollins – powiedział mężczyzna cicho.
- Witaj – odpowiedział czarodziej i ściągnął z głowy kaptur.
Reakcja przybysza była natychmiastowa. Wyjął różdżkę i wymierzył nią w czarnoskórego chłopaka.
- Czego chcesz, Blaise? - warknął.
- Przychodzę w pokoju – odpowiedział chłopak i uniósł ręce pokazując, że jest bezpronny.
- Nie wiem, co to za podstęp, ale żywego mnie nie dostaniecie! Więc lepiej powiedz od razu czego chcesz i sąkd wiedziałeś, że mam tu umówione spotkanie.
- Spokojnie. Przyszedłem sam i w dodatku nieuzbrojony. Nie chcę walczyć, chcę porozmawiać.
Stał nieruchomo, majac nadzieję, że czarodziej opuści zaraz różdżkę, ale nic takiego się nie stało. Cholera, czemu nie przemyślał tego lepiej? Powinien opracować sobie cały monolog o swoich motywach, a tak naprawdę nie miał nic. I jak na złość nic sensownego nie przychodziło mu teraz do głowy. Miał tylko swoją małą tajną broń ukrytą w kieszeni bluzy.
- Mam coś dla ciebie, muszę tylko po to sięgnąć. To bardzo ważne i dotyczy Hermiony Granger. Mam dla ciebie list od niej.
Mężczyzna zwarszczył czoło i nie spuszaczjąc wzroku z Zabiniego, kiwnął powoli głową.
- Żadnych gwałtownych ruchów – mruknął tylko w odpowiedzi.
Blaise bardzo powoli opuścił prawą rękę i skierował ją w stronę kieszeni. Odetchnął z ulgą gdy pod palcami wyczuł papier. Wyciągnął go w stronę mężczyzny.
- Accio list – mruknął czarodziej i były ślizgon poczuł jak kartka umyka mu z dłoni.
Jego wzrok szybko prześlizgiwał się po starannym, dziewczęcym piśmie.
Drogi Remusie,
Nie jestem do końca
wtajemniczona w to, czego chce od ciebie Blaise, ale wiem, że jest w
tym szczery. Można mu zaufać, jest tu moim przyjacielem i nie ma
złych intencji. Aby udowodnić Ci, że to ja jestem autorką tego
listu, chcę napisać Ci, że podczas ostatniej kolacji na której
byłam obecna, jedliśmy ciasto, które Molly pierwszy raz o dawna
zrobiła, bo świętowaliśmy urodziny Kingsley'a. To takie miłe
wspomnienie, które utrwaliło mi się w pamięci i mam nadzieję, że
ty również je pamiętasz.
Bardzo za wami wszystkimi
tęsknię i tak bardzo chciałabym się już z wami zobaczyć.
Traktują mnie tu dobrze i niczego mi nie brakuje. Nie musicie się
martwić o moje życie, jestem im najwodoczniej potrzebna. Nie róbcie
niczego głupiego. Uściskaj ode mnie rodziców, Ginny Harry'ego i
Rona.
Wasza Hermiona.
- To zdecydowanie jej pismo
– mruknął mężczyzna. - Czego chcesz, Blaise?
W końcu opuścił różdżkę i Zabini mógł poczuć się swobodniej.
- Potrzebuję spotkania z Dumbledorem. Jednego, krótkiego. Może być was ilu chcecie, ale tylko zaufane osoby. Ciebie było łatwiej wyśledzić niż jego, więc muszę w tej sprawie rozmawiać z tobą.
- W jakiej sprawie ma się odbyć to spotkanie? - Luin nie wyglądał na do końca przekonanego.
- Tutaj nie jest bezpiecznie o tym rozmawiać. Po prostu zaufaj mi i Hermionie.
W końcu opuścił różdżkę i Zabini mógł poczuć się swobodniej.
- Potrzebuję spotkania z Dumbledorem. Jednego, krótkiego. Może być was ilu chcecie, ale tylko zaufane osoby. Ciebie było łatwiej wyśledzić niż jego, więc muszę w tej sprawie rozmawiać z tobą.
- W jakiej sprawie ma się odbyć to spotkanie? - Luin nie wyglądał na do końca przekonanego.
- Tutaj nie jest bezpiecznie o tym rozmawiać. Po prostu zaufaj mi i Hermionie.
Hermiona od jakiegoś czasu
zastanawiała się, czy aby na pewno postępiła słusznie. Ufała
Zabiniemu i bardzo wierzyła w jego dobre intencje, ale po tych dwóch
latach już nie była pewna, kto jest jej przyjacielem, a kto
wrogiem. Mimo wszystko postanowiła zaryzykować i napisać ten
krótki list do Remusa. Czasem przecież warto uwierzyć w ludzi i
ich skrywane dobro.
Krew. Pełno krwi. Na niej, na jej ubraniach, na podłodze. A wokół niej same trupy. Każdy z nich ze zmasakrowaną, zalaną krwią twarzą. Patrzyła na to z paniką rosnącą w sercu i mdłościami. Robiło jej się gorąco i słabo, więc postanowiła zamknąć na chwilę oczy i poczekać, aż to zniknie. Aż te wszystkie zastygłe w przerażeniu twarze odejdą. Ale nic takiego się nie stało. Gdy je otworzyła, wciąż widziała masę nieznanych jej trupów. Świat zawirował wokół niej niebezpiecznie, gdy wśród nich dostrzegła rudą czuprynę.
- Ron – szepnęła prawie bezdźwięcznie i podbiegła do młodzieńca.
Lekko otwarte usta ukazywały luki po powybijanych zębach. Na całej twarzy miał zastygłą krew, a jego oczy patrzyły na nią pusto. Mimo wszystko Hermiona miała wrażenie, że patrzy dokłądnie na nią. Złapała go za rękę i zaczęła szlochać.
- Kochałem cię – szepnął nagle, a ona podskoczyła i wrzasnęła.
Krew. Pełno krwi. Na niej, na jej ubraniach, na podłodze. A wokół niej same trupy. Każdy z nich ze zmasakrowaną, zalaną krwią twarzą. Patrzyła na to z paniką rosnącą w sercu i mdłościami. Robiło jej się gorąco i słabo, więc postanowiła zamknąć na chwilę oczy i poczekać, aż to zniknie. Aż te wszystkie zastygłe w przerażeniu twarze odejdą. Ale nic takiego się nie stało. Gdy je otworzyła, wciąż widziała masę nieznanych jej trupów. Świat zawirował wokół niej niebezpiecznie, gdy wśród nich dostrzegła rudą czuprynę.
- Ron – szepnęła prawie bezdźwięcznie i podbiegła do młodzieńca.
Lekko otwarte usta ukazywały luki po powybijanych zębach. Na całej twarzy miał zastygłą krew, a jego oczy patrzyły na nią pusto. Mimo wszystko Hermiona miała wrażenie, że patrzy dokłądnie na nią. Złapała go za rękę i zaczęła szlochać.
- Kochałem cię – szepnął nagle, a ona podskoczyła i wrzasnęła.
Pragnęła po prostu uciec
stamtąd jak najprędzej. Rozejrzała się zdezorientowana po
ogromnej sali pełnej trupów i w końcu zauważyła wąski, ciemny
korytarz. Wbiegła w niego bez wahania i nawet nie zamierzałą sie
za siebie oglądać. Po chwili wyczerpujacego sprintu potknęła się
o coś i poczuła jak bezwładnie leci na ziemię. Spotkanie
marmurową z posadzką okazało się bolasne.
- Ufałam ci – usłyszała za sobą słaby szept Ginny i jej ciało przeszedł dreszcz.
Odwróciła się niepewnie, z sercem bojącym jak szalone. Zobaczyła ją od razu, z jej ciała wydobywał się pulsujący blask. Miała na sobie białą sukienkę prawie całowini przesiąkniętą krwią. Jej włosy były zlepione ciemną, lepką substancją, a on niej całej bił metaliczny zapach. Tylko umazana twarz była jakby nietknięta. Po chwili Hermiona z przerażeniem dostrzegła, że dziewczyna nie ma prawej dłoni. Kikut był poszarpany i można było zobaczyć kawałki ściegien i kości. Chyba jeszcze nigdy wcześniej przerażonej dziewczynie nie udało się tak szybko podnieść z ziemi. Rzuciła się pędem przez korytarz ile sił w nogach. Poświata bijąca od Ginny oświetlała delikatnie przestrzeń. Hermiona wolala jednak, żeby w ogóle jej nie było, ciemność była o wiele lepsza od tego, co widziała wokół siebie. Na posadzce co kilka matró leżały trupy... Nie, oni musili być wciąż żywi, szeptali coś do niej niewyraźnie. Ich głosy słyszała w swoim umyśle. Widziała opartego o ścianę Harry'ego z twarzą zastyglą w przerażeniu, swoich rodziców, którzy pozbawieni byli rąk, odciętą od reszty ciała głowę Mary.
- Kochałem cię – słyszałą w uszach głos Rona.
- Ufałam ci – szeptała Ginny.
- Potrzebowałem cię – dźwięczał głos Harry'ego.
- Byłaś okropną córką – ułyszała pełen wyrzutu głos matki.
Głosy mieszały się ze sobą, aż w końcu nie była w stanie odróżnić ich już od siebie. Zaczynały się nawzajem przekrzykiwać w jej umyśle. A ona wciaż nie przestawała biec. Chciała jak najdalej uciec od tego miejsca. Aż wreszcie zobaczyła ścianę... A pod nią jeszcze jednego trupa. To koniec – pomyślała. Rozpoznała go od raz gdy tylko zobaczyła jego platynowe włosy. Jej potrzaskane serce zabolało jeszcze bardziej. Wycieńczona upadła koło niego na kolana. Głowę miał wykręconą pod nienaturalnym kątem, twarz zwróconą w stronę ściany. Nie miał na sobie krwi, jego ubranie było jak zwykle nienaganne. Dotknęła jego piersi chcąc wyczuć serce, ale nie poczuła choćby najmniejszego bicia. Drżącą ręką dotknęła jego policzka, ale był zupełnie zimny. W tym momencie jego głowa zaczęła bardzo wolno odwracać się w jej stronę. Zastygła w przerażeniu, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Słyszała jak jego kości przeszkakują z nieprzyjemnym dla ucha dźwiękiem. Wreszcie spojrzał na nią pustymi oczami. Jego sine usta lekko się rozchyliły.
- Żałuję, że kiedyklwiek cię poznałem, szlamo – szepnął. - Odwróć się.
Natychmiast wykonała jego żądanie i krzyknęła. Kroczyli powoli w jej stronę. Wszyscy... Ron, Ginny, Harry, jej rodzice, Mary, Blaise.
- Odejdźcie! - wrzasnęła przerażonym głosem. - Nic wam nie zrobiłam!
Nagle poczuła jak lodowata dłoń Dracona zaciska się boleśnie na jej nadgarstku. Nie była w stanie się ruszyć z przerażenia. Mogła tylko krzyczeć i patrzeć jak postacie zbliżają się do niej...
Obudziła się pełna przerażenia i zlana potem. Długo zajęło jej, zanim do końca doszło do niej, że to był tylko koszmar. Jej serce nadal biło jak szalone i gdy tylko zamykała oczy, znów widziała zakrwawionych przyjaciół. Martwych... Przez kilka minut przewracała się z boku na bok. Przebudzenie nie dało jej wielkiej ulgi. Z jej oczu wciąż płynęły łzy. Wreszcie podjęła decyzję, która wiele ją kosztowała. Bardzo powoli wstała z łóżka i odkleiła od spoconego ciała ubrania. Wyszła po cichu z pokoju i ruszyła w stronę schodów. Serce nadal się nie uspokoiło, wydawało jej się, że w każdym ciemnym kącie czają się na nią upiory. Poczuła ukłócie strachu, gdy stopień zatrzeszczał pod jej ciężarem. Chciała jak najszybciej znaleźć sie już na górze. Droga dłużyła się jej niemiłosiernie i poczuła ogromną ulgę, gdy wreszcie staneła przed pokojem Dracona. Zawahała sie przez chwilę, ale jednak nacisnęła klamkę. Podeszła niepewnie do łóżka i stała przy nim przez chwilę.
- Granger? Coś się stało? - usłyszała w ciemności głos mężczyzny.
- Czy mogę dziś tu spać? - zapytała w odpowiedzi drżącym głosem.
Malfoy odsunął się tylko robiąc jej miejsce.
- Kładź się – powiedział po chwili, gdy nie wykonała żadnego ruchu.
Skorzystała z tego natychmiast. Położyła się obok niego, a on przysunął ją do siebie i objął ramieniem. Leżać wtulona w jego pierś i czując jego ciepło miała poewność, że nie dopadną ją już żadne demony.
- Ufałam ci – usłyszała za sobą słaby szept Ginny i jej ciało przeszedł dreszcz.
Odwróciła się niepewnie, z sercem bojącym jak szalone. Zobaczyła ją od razu, z jej ciała wydobywał się pulsujący blask. Miała na sobie białą sukienkę prawie całowini przesiąkniętą krwią. Jej włosy były zlepione ciemną, lepką substancją, a on niej całej bił metaliczny zapach. Tylko umazana twarz była jakby nietknięta. Po chwili Hermiona z przerażeniem dostrzegła, że dziewczyna nie ma prawej dłoni. Kikut był poszarpany i można było zobaczyć kawałki ściegien i kości. Chyba jeszcze nigdy wcześniej przerażonej dziewczynie nie udało się tak szybko podnieść z ziemi. Rzuciła się pędem przez korytarz ile sił w nogach. Poświata bijąca od Ginny oświetlała delikatnie przestrzeń. Hermiona wolala jednak, żeby w ogóle jej nie było, ciemność była o wiele lepsza od tego, co widziała wokół siebie. Na posadzce co kilka matró leżały trupy... Nie, oni musili być wciąż żywi, szeptali coś do niej niewyraźnie. Ich głosy słyszała w swoim umyśle. Widziała opartego o ścianę Harry'ego z twarzą zastyglą w przerażeniu, swoich rodziców, którzy pozbawieni byli rąk, odciętą od reszty ciała głowę Mary.
- Kochałem cię – słyszałą w uszach głos Rona.
- Ufałam ci – szeptała Ginny.
- Potrzebowałem cię – dźwięczał głos Harry'ego.
- Byłaś okropną córką – ułyszała pełen wyrzutu głos matki.
Głosy mieszały się ze sobą, aż w końcu nie była w stanie odróżnić ich już od siebie. Zaczynały się nawzajem przekrzykiwać w jej umyśle. A ona wciaż nie przestawała biec. Chciała jak najdalej uciec od tego miejsca. Aż wreszcie zobaczyła ścianę... A pod nią jeszcze jednego trupa. To koniec – pomyślała. Rozpoznała go od raz gdy tylko zobaczyła jego platynowe włosy. Jej potrzaskane serce zabolało jeszcze bardziej. Wycieńczona upadła koło niego na kolana. Głowę miał wykręconą pod nienaturalnym kątem, twarz zwróconą w stronę ściany. Nie miał na sobie krwi, jego ubranie było jak zwykle nienaganne. Dotknęła jego piersi chcąc wyczuć serce, ale nie poczuła choćby najmniejszego bicia. Drżącą ręką dotknęła jego policzka, ale był zupełnie zimny. W tym momencie jego głowa zaczęła bardzo wolno odwracać się w jej stronę. Zastygła w przerażeniu, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Słyszała jak jego kości przeszkakują z nieprzyjemnym dla ucha dźwiękiem. Wreszcie spojrzał na nią pustymi oczami. Jego sine usta lekko się rozchyliły.
- Żałuję, że kiedyklwiek cię poznałem, szlamo – szepnął. - Odwróć się.
Natychmiast wykonała jego żądanie i krzyknęła. Kroczyli powoli w jej stronę. Wszyscy... Ron, Ginny, Harry, jej rodzice, Mary, Blaise.
- Odejdźcie! - wrzasnęła przerażonym głosem. - Nic wam nie zrobiłam!
Nagle poczuła jak lodowata dłoń Dracona zaciska się boleśnie na jej nadgarstku. Nie była w stanie się ruszyć z przerażenia. Mogła tylko krzyczeć i patrzeć jak postacie zbliżają się do niej...
Obudziła się pełna przerażenia i zlana potem. Długo zajęło jej, zanim do końca doszło do niej, że to był tylko koszmar. Jej serce nadal biło jak szalone i gdy tylko zamykała oczy, znów widziała zakrwawionych przyjaciół. Martwych... Przez kilka minut przewracała się z boku na bok. Przebudzenie nie dało jej wielkiej ulgi. Z jej oczu wciąż płynęły łzy. Wreszcie podjęła decyzję, która wiele ją kosztowała. Bardzo powoli wstała z łóżka i odkleiła od spoconego ciała ubrania. Wyszła po cichu z pokoju i ruszyła w stronę schodów. Serce nadal się nie uspokoiło, wydawało jej się, że w każdym ciemnym kącie czają się na nią upiory. Poczuła ukłócie strachu, gdy stopień zatrzeszczał pod jej ciężarem. Chciała jak najszybciej znaleźć sie już na górze. Droga dłużyła się jej niemiłosiernie i poczuła ogromną ulgę, gdy wreszcie staneła przed pokojem Dracona. Zawahała sie przez chwilę, ale jednak nacisnęła klamkę. Podeszła niepewnie do łóżka i stała przy nim przez chwilę.
- Granger? Coś się stało? - usłyszała w ciemności głos mężczyzny.
- Czy mogę dziś tu spać? - zapytała w odpowiedzi drżącym głosem.
Malfoy odsunął się tylko robiąc jej miejsce.
- Kładź się – powiedział po chwili, gdy nie wykonała żadnego ruchu.
Skorzystała z tego natychmiast. Położyła się obok niego, a on przysunął ją do siebie i objął ramieniem. Leżać wtulona w jego pierś i czując jego ciepło miała poewność, że nie dopadną ją już żadne demony.
sobota, 26 grudnia 2015
Rozdział 14 - Ostrza.
33 komentarze:
Autor:
Mary
Pogrzeb
był bardzo kameralny. Członkowie Zakonu Feniksa stłoczyli się na
prowizorycznym cmentarzu, który stworzyli na tyłach rezydencji. Jak
bardzo nie byłoby to szokujące, zakopywali swoich bliskich w
ogrodzie niczym psy. Nie mieli szans na inny pochówek. To albo
zbiorowa mogiła, w której pozostaliby bezimienni. A tak
przynajmniej spoczywali wśród innych dzielnych czarodziejów,
którzy walczyli przeciw złu. Przynajmniej wśród tych, których
ciała udało się odzyskać. A było ich niewielu... Nimfadora
Tonks, Charlie Weasley, Cho Chang, a teraz i Parvati Patil.
Żegnali ją w ciszy. Tego dnia sprzyjała im nawet pogoda i, gdyby nie okoliczności, można by uznać ją za całkiem przyjemną. Tylko ten szloch, który wciąż narastał w uszach Harry'ego. Czarnowłosa, starsza kobieta klęczała przed skromną mogiłą i bezwiednie wbijała palce w ziemię. Młodsza próbowała podnieść ją z ziemi, rozpaczliwie błagając, by matka wstała. Inni tylko stali, ze łzami w oczach, i niemo przypatrywali się temu wszystkiemu. To wszystko powinno zrobić na Harry'm jakiekolwiek wrażenie. Ale on był pusty. Nie było w nim zupełnie żadnych emocji. Bo co mógłby teraz czuć? Widział już tylu martwych bliskich, że ten widok nie był dla niego już tak wstrząsający. Jedyne, czego pragnął, to zamordowanie Voldemorta. Z zimną krwią i bez litości. A jednak coś czuł... Zimną nienawiść rosnącą z każdą sekundą. I kiełkująca wściekłość. Umierają młodzi ludzie, jego przyjaciele... Ktoś właśnie stracił córkę i siostrę, a on mógł tylko stać i przypatrywać się tej niemej rozpaczy.
Bardzo powoli podszedł do Dumbledore'a. Nie chciał, by ktoś zwrócił na niego uwagę. Nie miał zamiaru zepsuć tej podniosłej sceny. Na szczęście starzec stał lekko na uboczu.
- W jakim stopniu współpracuje z nami Malfoy? - zapytał Harry półgłosem.
Dumbledore spojrzał na niego lekko zaskoczony, ale zaraz uśmiechnął się smutno.
- Nie w takim stopniu, w jakim potrzebowalibyśmy jego współpracy. Wiem o czym myślisz, Harry. Też to rozważałem, ale w tym momencie nie mamy ku temu środków. To tylko kilka drobnych informacji z jego strony.
- Ale nie robi tego przecież za darmo. Musi być jakiś sposób...
- Nie – przerwał mu łagodnie starzec. - Straciliśmy jedyny powód, dla którego Draco z nami współpracował, teraz zostaje nam już tylko jego dobre wola. Sam nie wzniecisz potężnej rebelii, Harry. Musimy być do tego przygotowani, by nie popełnić błędu, który będzie nas kosztował porażkę, a może i nawet utratę życia.
- Giną ludzie! - warknął Harry trochę zbyt głośno i kilka osób posłało mu ukradkowe spojrzenia.
- Ale trochę musi nas zostać, bo nie będzie już nikogo, kto mógłby powstrzymać Voldemorta. Nie możemy pchać się na głupią śmierć. Wszystko w swoim czasie, chłopcze.
Harry'ego ani trochę nie uspokoiły słowa mężczyzny. Czekanie dawało im tylko jeszcze większą liczbę trupów. A ich i tak było zbyt dużo w ostatnim czasie. Nie zamierzał dłużej stać z założonymi rękoma. Będzie walczył. A jeżeli widział jakąkolwiek nadzieję w Malfoy'u, to on to wykorzysta. Zrezygnuje ze swojej dumy... Ale będzie musiał być ostrożny. Malfoy'owi nie można ufać, ale każdy ma swoją cenę. Skoro zdradził Voldemorta już raz, to nie ma nic do stracenia. I tak czeka go kara śmierci, jeżeli ktoś się dowie.
Dzwonek do drzwi wyrwał Hermionę z głębokiego zamyślenia. Wspominała właśnie poprzednią noc, kiedy Draco przyszedł do jej pokoju. Może zrozumiał w końcu wszystko, co chciała mu przekazać? A może... Nie bądź głupia! - skarciła się w myślach. - Przecież wyjaśniliście już sobie, że nie łączą was już żadne uczucia. Ty kochasz Rona, a on Astorię...Dopiero po chwili przyłapała się, że czyta w kółko jedno zdanie z książki.
Wstała niechętnie z sofy, aby wpóścić gościa do domu. Ewentualnie odprawić go z kwitkiem, mówiąc, że nie zastał nikogo w domu.
Dziewczyna zajrzała delikatnie przez firankę wiszącą w oknie zaraz przy ganku. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła anorektycznie chudą rękę, znów zbliżającą się do dzwonka i bladą twarz. Znów rozległ się dźwięk. Hermiona w końcu otworzyła drzwi.
Mary uśmiechnęła się delikatnie, stając w drzwiach rezydencji Malfoy'ów. Rude włosy spięła w ciasny kok, przez co Hermiona mogła teraz dokładnie zobaczyć twarz dziewczyny, którą tak skrzętnie zawsze ukrywała.
- Muszę porozmawiać z Draconem, mam nadzieję, że go zastałam – powiedziała na wstępie, gdy puściła już Hermionę z uścisku.
Mimo pogodnej maski dziewczyny, Hermiona dostrzegła zdenerwowanie w jej oczach. Ile jeszcze różnych wcieleń miała Mary? Była jak kameleon, wpasowująca się idealnie w otoczenie i sytuację.
- Jest w swoim gabinecie. Zaprowa...
- Sama tam pójdę, dziękuję – przerwała jej dziewczyna ostrym tonem, ale za chwilę uśmiechnęła się sztucznie.
Ruszyła szybko korytarzem, zdecydowanym, pewnym korkiem. Gdy stanęła przed drzwiami gabinetu zawahała się na chwilę, aż w końcu podniosła rękę i mocno zapukała w drewno. Poczekała chwilę na wezwanie, a potem weszła do gabinetu mężczyzny.
- A, to ty – mruknął Draco, obrzucając Mary znudzonym spojrzeniem. - Czego chcesz?
- Potrzebuję twojej pomocy – powiedziała cicho, zaciskając dłonie na swojej szacie.
- Pomocy? - prychnął i powrócił do przeglądania sterty papierów. Miał teraz na głowie ważniejsze rzeczy, niż ta głupia dziewczyna.
- Tak, pomocy - jej głos nagle stał się stanowczy. - Musisz załatwić mi nielegalne papiery. Dla mojej rodziny. Muszą wyjechać za granicę.
Chłopak w odpowiedzi roześmiał się chłodno.
- Czegoś chyba nie zrozumiałem – mruknął, wciąż przewracając papiery. - Mam nadstawiać własny kark, żeby pomóc twojej nic nie znaczącej, szlamowatej rodzinie? Wiesz, jakie to byłoby ryzyko. Z resztą... Co bym z tego miał?
- Draco, błagam – dziewczyna podeszła do niego szybko i złapała za rękę.
Zaskoczony Malfoy cofnął ją gwałtownie i spojrzał na dziewczynę z obrzydzeniem.
- Nie błagaj! - warknął. - To żałosne. Ale powiedz mi, Mary, co ty kombinujesz? Jesteście chronieni dopóki żyje Nott. A taka podróż byłaby niebezpieczna nawet z lewymi papierami. Marzy ci się mała zemsta, Mary?
- To nie twoja sprawa! - krzyknęła dziewczyna, a on dostrzegł panikę w jej oczach.
Trafił w czuły punkt... Teraz to on złapał ją gwałtownie na przegub i utkwił w niej spojrzenie.
- Lepiej uważaj – wysyczał. - Jeżeli wpakujesz mnie lub Zabiniego w jakieś gówno, to słono za to zapłacisz. Jeżeli dowiem się, że Blaise pomaga ci w jakimś chorym pomyśle...
- Żałuję, że w ogóle tu przyszłam – przerwała mu dziewczyna i wyszarpnęła dłoń z jego uścisku. - I pomyśleć, że Blaise chciał, żebym ci zaufała.
Wymaszerowała z pokoju pewnym krokiem i trzasnęła drzwiami.
Zajebiście... - pomyślał Draco uderzając pięścią w biurko. Jakby miało miał problemów z tą cholerną Granger, to jeszcze na dodatek, Blaise wplątał się w jakąś intrygę z tą pokręconą dziewczyną. Co za cholerny idiota! Mary ma chłopaka, do jasnej cholery, mógłby w końcu przestać za nią latać! Będzie musiał z nim o tym porozmawiać, ale to po sprawie Macnair'a. To było teraz priorytetem.
Hermiona długo wahała się, czy przygotowywać kolację dla dwóch osób czy tylko jednej. Kiedy była Astoria, wszystko było proste. Granger jadła jakieś skromny posiłek samotnie w kuchni. Ale teraz? Czy może zaryzykować i zrobić porcję też dla siebie? Czy Draco zaprosi ją do stołu? Nie, to byłaby przesada. Pogodzili się i ustalili pewne fakty. Przeszli na tolerowanie się nawzajem. Tylko tolerowanie. Więc z jakiej racji Draco miałby tolerować ją też przy wspólnym posiłku? Nie rozmawiali nawet więcej niż kiedyś. Jedyną różnicą była ta cienka warstwa uprzejmości między nimi. I nić zrozumienia. I choć Hermiona zaczęła rozumieć, dlaczego chłopak udawał martwego, to nadal nie potrafiła wybaczyć. Więc rozejm tak naprawdę nie zmienił nic. Byli tylko trochę dla siebie milsi.
Zdecydowała w końcu, że to nawet ona nie ma ochoty jeść z nim tej kolacji. Wystarczy jej stos kanapek, który zje samotnie w kuchni. I świetnie!
Nagle usłyszała kroki i podskoczyła gwałtownie, prawie upuszczając nóż, którym kroiła warzywa.
- Jak się czujesz z tym, że w końcu zostaliśmy sami? - blondyn stanął w drzwiach kuchni i puścił do niej oko.
W odpowiedzi posłała mu tylko ciężkie spojrzenie. Wyczuła sztuczność jego łagodnego uśmiechu. Oczy były zupełnie bez wyrazu, spoglądały na nią ze słabo skrywanym niepokojem.
- Chcesz się napić? - zapytał, poważniejąc nagle.
Podszedł do szafki, w której trzymał swoje zapasy whisky i wyciągnął butelkę. Patrzył na nią przez chwilę.
- To jednak nie jest najlepszy pomysł – mruknął bardziej do siebie niż do niej i odłożył trunek na swoje miejsce.
Chwilę kręcił się po kuchni bez wyraźnego celu, aż w końcu oparł się ciężko o blat.
- Chcesz mi o czymś powiedzieć? - zapytała w końcu dziewczyna, przyglądając mu się uważnie.
- Tak... - odpowiedział po chwili milczenia.
Ale potem zapadła cisza i chłopak nie wyglądał, jakby miał się jeszcze odzywać. Stał nieruchomo unikając wzroku dziewczyny. Nie chciała go ponaglać, powie, gdy w końcu będzie gotowy.
Ale ciszy nie przerwał głos Dracona, tylko pyknięcie, z jakim zmaterializował się domowy skrzat.
- Paniczu, oni tu idą! Jest ich trzech! - wyszeptało stworzenie ze strachem w oczach.
Zdezorientowana Hermiona spojrzała na Dracona, na którego twarzy odmalowało się przerażenie.
Ron właśnie kończył pisać list. Teraz wystarczyło już tylko się podpisać i zapieczętować. Przejrzał jego treść jeszcze raz, sprawdzając, czy nie ma żadnych błędów.
Żegnali ją w ciszy. Tego dnia sprzyjała im nawet pogoda i, gdyby nie okoliczności, można by uznać ją za całkiem przyjemną. Tylko ten szloch, który wciąż narastał w uszach Harry'ego. Czarnowłosa, starsza kobieta klęczała przed skromną mogiłą i bezwiednie wbijała palce w ziemię. Młodsza próbowała podnieść ją z ziemi, rozpaczliwie błagając, by matka wstała. Inni tylko stali, ze łzami w oczach, i niemo przypatrywali się temu wszystkiemu. To wszystko powinno zrobić na Harry'm jakiekolwiek wrażenie. Ale on był pusty. Nie było w nim zupełnie żadnych emocji. Bo co mógłby teraz czuć? Widział już tylu martwych bliskich, że ten widok nie był dla niego już tak wstrząsający. Jedyne, czego pragnął, to zamordowanie Voldemorta. Z zimną krwią i bez litości. A jednak coś czuł... Zimną nienawiść rosnącą z każdą sekundą. I kiełkująca wściekłość. Umierają młodzi ludzie, jego przyjaciele... Ktoś właśnie stracił córkę i siostrę, a on mógł tylko stać i przypatrywać się tej niemej rozpaczy.
Bardzo powoli podszedł do Dumbledore'a. Nie chciał, by ktoś zwrócił na niego uwagę. Nie miał zamiaru zepsuć tej podniosłej sceny. Na szczęście starzec stał lekko na uboczu.
- W jakim stopniu współpracuje z nami Malfoy? - zapytał Harry półgłosem.
Dumbledore spojrzał na niego lekko zaskoczony, ale zaraz uśmiechnął się smutno.
- Nie w takim stopniu, w jakim potrzebowalibyśmy jego współpracy. Wiem o czym myślisz, Harry. Też to rozważałem, ale w tym momencie nie mamy ku temu środków. To tylko kilka drobnych informacji z jego strony.
- Ale nie robi tego przecież za darmo. Musi być jakiś sposób...
- Nie – przerwał mu łagodnie starzec. - Straciliśmy jedyny powód, dla którego Draco z nami współpracował, teraz zostaje nam już tylko jego dobre wola. Sam nie wzniecisz potężnej rebelii, Harry. Musimy być do tego przygotowani, by nie popełnić błędu, który będzie nas kosztował porażkę, a może i nawet utratę życia.
- Giną ludzie! - warknął Harry trochę zbyt głośno i kilka osób posłało mu ukradkowe spojrzenia.
- Ale trochę musi nas zostać, bo nie będzie już nikogo, kto mógłby powstrzymać Voldemorta. Nie możemy pchać się na głupią śmierć. Wszystko w swoim czasie, chłopcze.
Harry'ego ani trochę nie uspokoiły słowa mężczyzny. Czekanie dawało im tylko jeszcze większą liczbę trupów. A ich i tak było zbyt dużo w ostatnim czasie. Nie zamierzał dłużej stać z założonymi rękoma. Będzie walczył. A jeżeli widział jakąkolwiek nadzieję w Malfoy'u, to on to wykorzysta. Zrezygnuje ze swojej dumy... Ale będzie musiał być ostrożny. Malfoy'owi nie można ufać, ale każdy ma swoją cenę. Skoro zdradził Voldemorta już raz, to nie ma nic do stracenia. I tak czeka go kara śmierci, jeżeli ktoś się dowie.
Dzwonek do drzwi wyrwał Hermionę z głębokiego zamyślenia. Wspominała właśnie poprzednią noc, kiedy Draco przyszedł do jej pokoju. Może zrozumiał w końcu wszystko, co chciała mu przekazać? A może... Nie bądź głupia! - skarciła się w myślach. - Przecież wyjaśniliście już sobie, że nie łączą was już żadne uczucia. Ty kochasz Rona, a on Astorię...Dopiero po chwili przyłapała się, że czyta w kółko jedno zdanie z książki.
Wstała niechętnie z sofy, aby wpóścić gościa do domu. Ewentualnie odprawić go z kwitkiem, mówiąc, że nie zastał nikogo w domu.
Dziewczyna zajrzała delikatnie przez firankę wiszącą w oknie zaraz przy ganku. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła anorektycznie chudą rękę, znów zbliżającą się do dzwonka i bladą twarz. Znów rozległ się dźwięk. Hermiona w końcu otworzyła drzwi.
Mary uśmiechnęła się delikatnie, stając w drzwiach rezydencji Malfoy'ów. Rude włosy spięła w ciasny kok, przez co Hermiona mogła teraz dokładnie zobaczyć twarz dziewczyny, którą tak skrzętnie zawsze ukrywała.
- Muszę porozmawiać z Draconem, mam nadzieję, że go zastałam – powiedziała na wstępie, gdy puściła już Hermionę z uścisku.
Mimo pogodnej maski dziewczyny, Hermiona dostrzegła zdenerwowanie w jej oczach. Ile jeszcze różnych wcieleń miała Mary? Była jak kameleon, wpasowująca się idealnie w otoczenie i sytuację.
- Jest w swoim gabinecie. Zaprowa...
- Sama tam pójdę, dziękuję – przerwała jej dziewczyna ostrym tonem, ale za chwilę uśmiechnęła się sztucznie.
Ruszyła szybko korytarzem, zdecydowanym, pewnym korkiem. Gdy stanęła przed drzwiami gabinetu zawahała się na chwilę, aż w końcu podniosła rękę i mocno zapukała w drewno. Poczekała chwilę na wezwanie, a potem weszła do gabinetu mężczyzny.
- A, to ty – mruknął Draco, obrzucając Mary znudzonym spojrzeniem. - Czego chcesz?
- Potrzebuję twojej pomocy – powiedziała cicho, zaciskając dłonie na swojej szacie.
- Pomocy? - prychnął i powrócił do przeglądania sterty papierów. Miał teraz na głowie ważniejsze rzeczy, niż ta głupia dziewczyna.
- Tak, pomocy - jej głos nagle stał się stanowczy. - Musisz załatwić mi nielegalne papiery. Dla mojej rodziny. Muszą wyjechać za granicę.
Chłopak w odpowiedzi roześmiał się chłodno.
- Czegoś chyba nie zrozumiałem – mruknął, wciąż przewracając papiery. - Mam nadstawiać własny kark, żeby pomóc twojej nic nie znaczącej, szlamowatej rodzinie? Wiesz, jakie to byłoby ryzyko. Z resztą... Co bym z tego miał?
- Draco, błagam – dziewczyna podeszła do niego szybko i złapała za rękę.
Zaskoczony Malfoy cofnął ją gwałtownie i spojrzał na dziewczynę z obrzydzeniem.
- Nie błagaj! - warknął. - To żałosne. Ale powiedz mi, Mary, co ty kombinujesz? Jesteście chronieni dopóki żyje Nott. A taka podróż byłaby niebezpieczna nawet z lewymi papierami. Marzy ci się mała zemsta, Mary?
- To nie twoja sprawa! - krzyknęła dziewczyna, a on dostrzegł panikę w jej oczach.
Trafił w czuły punkt... Teraz to on złapał ją gwałtownie na przegub i utkwił w niej spojrzenie.
- Lepiej uważaj – wysyczał. - Jeżeli wpakujesz mnie lub Zabiniego w jakieś gówno, to słono za to zapłacisz. Jeżeli dowiem się, że Blaise pomaga ci w jakimś chorym pomyśle...
- Żałuję, że w ogóle tu przyszłam – przerwała mu dziewczyna i wyszarpnęła dłoń z jego uścisku. - I pomyśleć, że Blaise chciał, żebym ci zaufała.
Wymaszerowała z pokoju pewnym krokiem i trzasnęła drzwiami.
Zajebiście... - pomyślał Draco uderzając pięścią w biurko. Jakby miało miał problemów z tą cholerną Granger, to jeszcze na dodatek, Blaise wplątał się w jakąś intrygę z tą pokręconą dziewczyną. Co za cholerny idiota! Mary ma chłopaka, do jasnej cholery, mógłby w końcu przestać za nią latać! Będzie musiał z nim o tym porozmawiać, ale to po sprawie Macnair'a. To było teraz priorytetem.
Hermiona długo wahała się, czy przygotowywać kolację dla dwóch osób czy tylko jednej. Kiedy była Astoria, wszystko było proste. Granger jadła jakieś skromny posiłek samotnie w kuchni. Ale teraz? Czy może zaryzykować i zrobić porcję też dla siebie? Czy Draco zaprosi ją do stołu? Nie, to byłaby przesada. Pogodzili się i ustalili pewne fakty. Przeszli na tolerowanie się nawzajem. Tylko tolerowanie. Więc z jakiej racji Draco miałby tolerować ją też przy wspólnym posiłku? Nie rozmawiali nawet więcej niż kiedyś. Jedyną różnicą była ta cienka warstwa uprzejmości między nimi. I nić zrozumienia. I choć Hermiona zaczęła rozumieć, dlaczego chłopak udawał martwego, to nadal nie potrafiła wybaczyć. Więc rozejm tak naprawdę nie zmienił nic. Byli tylko trochę dla siebie milsi.
Zdecydowała w końcu, że to nawet ona nie ma ochoty jeść z nim tej kolacji. Wystarczy jej stos kanapek, który zje samotnie w kuchni. I świetnie!
Nagle usłyszała kroki i podskoczyła gwałtownie, prawie upuszczając nóż, którym kroiła warzywa.
- Jak się czujesz z tym, że w końcu zostaliśmy sami? - blondyn stanął w drzwiach kuchni i puścił do niej oko.
W odpowiedzi posłała mu tylko ciężkie spojrzenie. Wyczuła sztuczność jego łagodnego uśmiechu. Oczy były zupełnie bez wyrazu, spoglądały na nią ze słabo skrywanym niepokojem.
- Chcesz się napić? - zapytał, poważniejąc nagle.
Podszedł do szafki, w której trzymał swoje zapasy whisky i wyciągnął butelkę. Patrzył na nią przez chwilę.
- To jednak nie jest najlepszy pomysł – mruknął bardziej do siebie niż do niej i odłożył trunek na swoje miejsce.
Chwilę kręcił się po kuchni bez wyraźnego celu, aż w końcu oparł się ciężko o blat.
- Chcesz mi o czymś powiedzieć? - zapytała w końcu dziewczyna, przyglądając mu się uważnie.
- Tak... - odpowiedział po chwili milczenia.
Ale potem zapadła cisza i chłopak nie wyglądał, jakby miał się jeszcze odzywać. Stał nieruchomo unikając wzroku dziewczyny. Nie chciała go ponaglać, powie, gdy w końcu będzie gotowy.
Ale ciszy nie przerwał głos Dracona, tylko pyknięcie, z jakim zmaterializował się domowy skrzat.
- Paniczu, oni tu idą! Jest ich trzech! - wyszeptało stworzenie ze strachem w oczach.
Zdezorientowana Hermiona spojrzała na Dracona, na którego twarzy odmalowało się przerażenie.
Ron właśnie kończył pisać list. Teraz wystarczyło już tylko się podpisać i zapieczętować. Przejrzał jego treść jeszcze raz, sprawdzając, czy nie ma żadnych błędów.
Kochana
Hermiono.
Mam nadzieję, że Malfoy dostarczy Ci ten list. Nawet jeśli to zrobi, to i tak pewnie wcześniej przeczytał go kilka razy.
Chciałem tylko przekazać Ci informację o śmierci Parvati. Wiem, że nie jest to miłą wiadomość, ale nie umiem przekazać tego delikatnie. Mogę powiedzieć tylko tyle, że nie cierpiała długo. Jeżeli chcesz wiedzieć co się stało, to powinnaś zapytać Malfoy'a. On z pewnością zna wiele szczegółów.
Pozostaje jeszcze druga sprawa, o której jeszcze ciężej mi do Ciebie pisać. Twoja matka jest chora. Na początku sądziliśmy, że to nic poważnego, ale słabnie z dnia na dzień. Nie mamy pojęcia, co jej dolega. Żaden magomedyk nie chce podjąć się leczenia mugolaczki. Ale obiecuję zrobić wszystko co w mojej mocy by jej pomóc.
Wierzę, że spotkamy się już niedługo.
Ron.
Mam nadzieję, że Malfoy dostarczy Ci ten list. Nawet jeśli to zrobi, to i tak pewnie wcześniej przeczytał go kilka razy.
Chciałem tylko przekazać Ci informację o śmierci Parvati. Wiem, że nie jest to miłą wiadomość, ale nie umiem przekazać tego delikatnie. Mogę powiedzieć tylko tyle, że nie cierpiała długo. Jeżeli chcesz wiedzieć co się stało, to powinnaś zapytać Malfoy'a. On z pewnością zna wiele szczegółów.
Pozostaje jeszcze druga sprawa, o której jeszcze ciężej mi do Ciebie pisać. Twoja matka jest chora. Na początku sądziliśmy, że to nic poważnego, ale słabnie z dnia na dzień. Nie mamy pojęcia, co jej dolega. Żaden magomedyk nie chce podjąć się leczenia mugolaczki. Ale obiecuję zrobić wszystko co w mojej mocy by jej pomóc.
Wierzę, że spotkamy się już niedługo.
Ron.
Nie
były to dobrze informacje, ale jedyne, jakie Ron miał do
przekazania Hermionie. Robił to z ciężkim sercem, nie chciał
dokładać jej jeszcze więcej zmartwień. Ale jaki miał wybór?
Musiała wiedzieć o chorobie matki...
- Kurwa, Granger, zawaliłem. Przepraszam – warknął Draco, w pośpiechu szukając czegoś po wszystkich możliwych szafkach.
- Możesz mi wreszcie wyjaśnić, co się tu dzieje? - Hermiona była przestraszona zachowaniem chłopaka. Odkąd odebrał tę enigmatyczną dla niej wiadomość, miotał się po salonie i przeklinał.
- Nie ma czasu. Zachciało mi się być pierdolonym bohaterem, to teraz muszę za to płacić!
- Draco! - krzyknęła w końcu, a chłopak jakby na chwilę oprzytomniał.
- To nie są żarty, Granger! Przysięgnij, że cokolwiek się stanie, zrobisz tak jak powiedziałem.
- Ale...
- Przysięgnij – krzyknął i potrząsnął nią gwałtowanie.
- Okej, przysięgam – warknęła dziewczyna
Nie rozumiała z tego nawet odrobiny. Ktoś zbliżał się do posiadłości, a Draco zaczął zachowywać się jak szaleniec. I był przerażony... Naprawdę cholernie przerażony. Hermiona jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie! Na zmianę przeklinał i ją przepraszał, wciąż wywalając wszystko z szafek.
- W końcu – warknął i wręczył jej różdżkę.
Zignorował jej zdumione spojrzenie.
- A teraz słuchaj... Ukryj się na górze. W mojej sypialni najlepiej. Nie wychodź z niej pod żadnym pozorem. Cokolwiek nie usłyszałabyś na dole... Mną się nie przejmuj, musisz ratować siebie. Jak tylko się ukryjesz, wyślij patronusa da Zabiniego, żeby zjawił się tu jak najszybciej. Masz nad nimi przewagę, bo nie wiedzą, że jesteś uzbrojona. Nie stawaj do walki, póki masz wybór. Ja postaram się jak najdłużej zatrzymać ich na dole. Zrozumiałaś?
Hermiona zmrużyła oczy przetrawiając informację. Draco powiedział wszystko na jednym wydechu i w dodatku tak szybko, że trudno go było zrozumieć.
- Jacy oni? - zapytała tylko.
- To nie jest teraz ważne – powiedział Draco i przez chwilę spojrzał na nią jakby inaczej.
- Kurwa, Granger, zawaliłem. Przepraszam – warknął Draco, w pośpiechu szukając czegoś po wszystkich możliwych szafkach.
- Możesz mi wreszcie wyjaśnić, co się tu dzieje? - Hermiona była przestraszona zachowaniem chłopaka. Odkąd odebrał tę enigmatyczną dla niej wiadomość, miotał się po salonie i przeklinał.
- Nie ma czasu. Zachciało mi się być pierdolonym bohaterem, to teraz muszę za to płacić!
- Draco! - krzyknęła w końcu, a chłopak jakby na chwilę oprzytomniał.
- To nie są żarty, Granger! Przysięgnij, że cokolwiek się stanie, zrobisz tak jak powiedziałem.
- Ale...
- Przysięgnij – krzyknął i potrząsnął nią gwałtowanie.
- Okej, przysięgam – warknęła dziewczyna
Nie rozumiała z tego nawet odrobiny. Ktoś zbliżał się do posiadłości, a Draco zaczął zachowywać się jak szaleniec. I był przerażony... Naprawdę cholernie przerażony. Hermiona jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie! Na zmianę przeklinał i ją przepraszał, wciąż wywalając wszystko z szafek.
- W końcu – warknął i wręczył jej różdżkę.
Zignorował jej zdumione spojrzenie.
- A teraz słuchaj... Ukryj się na górze. W mojej sypialni najlepiej. Nie wychodź z niej pod żadnym pozorem. Cokolwiek nie usłyszałabyś na dole... Mną się nie przejmuj, musisz ratować siebie. Jak tylko się ukryjesz, wyślij patronusa da Zabiniego, żeby zjawił się tu jak najszybciej. Masz nad nimi przewagę, bo nie wiedzą, że jesteś uzbrojona. Nie stawaj do walki, póki masz wybór. Ja postaram się jak najdłużej zatrzymać ich na dole. Zrozumiałaś?
Hermiona zmrużyła oczy przetrawiając informację. Draco powiedział wszystko na jednym wydechu i w dodatku tak szybko, że trudno go było zrozumieć.
- Jacy oni? - zapytała tylko.
- To nie jest teraz ważne – powiedział Draco i przez chwilę spojrzał na nią jakby inaczej.
Hermiona przez jedną małą sekundę miała wrażenie,
że chłopak chce ją przytulić.
- Paniczu! Są przed bramą! - skrzat szarpnął Dracona za rękaw.
- Biegnij na górę, Granger. I pamiętaj, nie schodź na dół pod żadnym pozorem! I nie zapalaj światła!
Dziewczyna rzuciła mu ostatnie spojrzenie i pognała schodami na górę. Ta cała sytuacja była zupełnie chora! Draco najwidoczniej ukrywał coś przed nią od dłuższego czasu. A teraz nagle okazało się, że są w niebezpieczeństwie.
Ukryła się za ogromnym łóżkiem w sypialnie Dracona i nasłuchiwała odgłosów z dołu.
Draco czekał przy drzwiach z różdżką schowaną w kieszeni spodni. Jak mógł być tak zaślepiony i myśleć, że sam da radę ją obronić? Aż tak bardzo zachciało mu się być księciem na białym koniu? A może to zwykła duma nie pozwoliła mu zwrócić się do kogoś z prośbą o pomoc? Teraz i tak było już za późno. Przyszli po Hermionę, a on sam musi stawić im czoła. Byleby tylko Blaise przybył wystarczająco szybko.
Pukanie, a raczej walenie, do drzwi wytrąciło go z rozmyślań.
- Otwieraj te jebane drzwi – dało się słyszeć wśród rechotów na zewnątrz.
Prze chwilę rozważał zignorowanie ich, ale po chwili oprzytomniał. Rozsadzą mu drzwi jakimś czarnomagicznym zaklęciem.
- Czego chcecie? - warknął, gdy otworzył drzwi i jego oczom ukazały się trzy zamaskowane postacie.
- Dobrze wiesz – warknęła jedna i wysunęła się przed szereg.
Draco poznał w min Macnaira. Nie zrobił jednak nic. Stał, nie wykonując żadnego ruchu, ściskając schowaną różdżkę.
- To jak, wpuścisz nas? - odezwał się największy z mężczyzn.
- Obawiam się, że będę zmuszony odmówić – warknął Malfoy. - Mam małą propozycję. Wypierdalajcie stąd, zanim zgłoszę komuś wasz samosąd.
Minimalny ruch stojącego z tyłu śmierciożercy zdradził jego zamiary. Draco tylko na to czekał.
- Protego! - krzyknął, gdy pognał w jego stronę czerwony strumień światła. Mężczyzna uchylił się w ostatniej chwili, ale gwałtowny ruch spowodował zsunięcie się jego maski. Malfoy natychmiast poznał w nim Adamsa, ojca jednego z zamordowanych chłopaków.
Teraz Draco musiał zacząć atakować. Skorzystał z krótkiego zamieszania i posłał zaklęcie oszałamiające w ostatniego śmierciożercę, którego tożsamości nie znał. Trafił prosto w pierś i to właśnie ten krótki triumf osłabił jego koncentrację. W jednej sekundzie usłyszał, jak któryś z mężczyzn wypowiada zaklęcie i zobaczył rozbłysk światła, a w drugiej leżał na ziemi trzy metry dalej. Obolały i oszołomiony. Ignorując zawroty głowy, podniósł się jak najszybciej. Ale było już za późno, weszli do domu i teraz Draco stał między nimi a drzwiami na korytarz. Bez różdżki. Zauważył ją koło swoich stóp, ale nie chciał robić gwałtownego ruchu. To nie było teraz zbyt rozsądne. Zaczął więc podchodzić do mężczyzn z uniesionymi dłońmi.
- Co wam to da? - starał się, by jego głos brzmiał spokojnie.
Za cel obrał sobie Adamsa i skierował się w jego stronę.
- To nic ci nie da. Rozumiem twoją stratę, ale...
I wtedy zobaczył ogień w oczach mężczyzny. To niemożliwe, żeby myślał logicznie. Był zaślepiony żalem i bólem straty. Draco usłyszał świst noża przecinającego powietrze zaraz koło niego, a potem ostry ból w okolicach żeber. Wypuścił gwałtownie powietrze z płuc i znów zakręciło mu się w głowie. Jakby w oddali usłyszał śmiech mężczyzny.
Upadł na ziemię, ale widział w tym swoją szansę, teraz mógł sięgnąć po różdżkę. Przez chwilę jedynym zaklęciem jakie miał na myśli była Avada Kedevra, ale to zignorował. Czuł jak koszula przylepia się do jego ciała, cała mokra od krwi. Wydawało mu się też, że bardzo powoli tracił ostrość widzenia.
- Paniczu! Są przed bramą! - skrzat szarpnął Dracona za rękaw.
- Biegnij na górę, Granger. I pamiętaj, nie schodź na dół pod żadnym pozorem! I nie zapalaj światła!
Dziewczyna rzuciła mu ostatnie spojrzenie i pognała schodami na górę. Ta cała sytuacja była zupełnie chora! Draco najwidoczniej ukrywał coś przed nią od dłuższego czasu. A teraz nagle okazało się, że są w niebezpieczeństwie.
Ukryła się za ogromnym łóżkiem w sypialnie Dracona i nasłuchiwała odgłosów z dołu.
Draco czekał przy drzwiach z różdżką schowaną w kieszeni spodni. Jak mógł być tak zaślepiony i myśleć, że sam da radę ją obronić? Aż tak bardzo zachciało mu się być księciem na białym koniu? A może to zwykła duma nie pozwoliła mu zwrócić się do kogoś z prośbą o pomoc? Teraz i tak było już za późno. Przyszli po Hermionę, a on sam musi stawić im czoła. Byleby tylko Blaise przybył wystarczająco szybko.
Pukanie, a raczej walenie, do drzwi wytrąciło go z rozmyślań.
- Otwieraj te jebane drzwi – dało się słyszeć wśród rechotów na zewnątrz.
Prze chwilę rozważał zignorowanie ich, ale po chwili oprzytomniał. Rozsadzą mu drzwi jakimś czarnomagicznym zaklęciem.
- Czego chcecie? - warknął, gdy otworzył drzwi i jego oczom ukazały się trzy zamaskowane postacie.
- Dobrze wiesz – warknęła jedna i wysunęła się przed szereg.
Draco poznał w min Macnaira. Nie zrobił jednak nic. Stał, nie wykonując żadnego ruchu, ściskając schowaną różdżkę.
- To jak, wpuścisz nas? - odezwał się największy z mężczyzn.
- Obawiam się, że będę zmuszony odmówić – warknął Malfoy. - Mam małą propozycję. Wypierdalajcie stąd, zanim zgłoszę komuś wasz samosąd.
Minimalny ruch stojącego z tyłu śmierciożercy zdradził jego zamiary. Draco tylko na to czekał.
- Protego! - krzyknął, gdy pognał w jego stronę czerwony strumień światła. Mężczyzna uchylił się w ostatniej chwili, ale gwałtowny ruch spowodował zsunięcie się jego maski. Malfoy natychmiast poznał w nim Adamsa, ojca jednego z zamordowanych chłopaków.
Teraz Draco musiał zacząć atakować. Skorzystał z krótkiego zamieszania i posłał zaklęcie oszałamiające w ostatniego śmierciożercę, którego tożsamości nie znał. Trafił prosto w pierś i to właśnie ten krótki triumf osłabił jego koncentrację. W jednej sekundzie usłyszał, jak któryś z mężczyzn wypowiada zaklęcie i zobaczył rozbłysk światła, a w drugiej leżał na ziemi trzy metry dalej. Obolały i oszołomiony. Ignorując zawroty głowy, podniósł się jak najszybciej. Ale było już za późno, weszli do domu i teraz Draco stał między nimi a drzwiami na korytarz. Bez różdżki. Zauważył ją koło swoich stóp, ale nie chciał robić gwałtownego ruchu. To nie było teraz zbyt rozsądne. Zaczął więc podchodzić do mężczyzn z uniesionymi dłońmi.
- Co wam to da? - starał się, by jego głos brzmiał spokojnie.
Za cel obrał sobie Adamsa i skierował się w jego stronę.
- To nic ci nie da. Rozumiem twoją stratę, ale...
I wtedy zobaczył ogień w oczach mężczyzny. To niemożliwe, żeby myślał logicznie. Był zaślepiony żalem i bólem straty. Draco usłyszał świst noża przecinającego powietrze zaraz koło niego, a potem ostry ból w okolicach żeber. Wypuścił gwałtownie powietrze z płuc i znów zakręciło mu się w głowie. Jakby w oddali usłyszał śmiech mężczyzny.
Upadł na ziemię, ale widział w tym swoją szansę, teraz mógł sięgnąć po różdżkę. Przez chwilę jedynym zaklęciem jakie miał na myśli była Avada Kedevra, ale to zignorował. Czuł jak koszula przylepia się do jego ciała, cała mokra od krwi. Wydawało mu się też, że bardzo powoli tracił ostrość widzenia.
A
co, jeżeli Blaise nie zdąży? Ile czasu zajmie Draconowi zanim
straci przytomność? Hermiona nie da sobie rady z nimi trzema, a
nie ma innego zaklęcia, które skutecznie unieszkodliwiłoby jednego
z nich. Decyzję podjął w ułamku sekundy. Wiedział, że ona jest
teraz priorytetem. Wiedział, że jest tego warta. Że jest jej to
winien. Musiał ją ochronić, choćby za cenę wszystkiego, co
posiadał. Musiał dać jej szansę, by mogła wyjść z tego
żywa...
Opadł na ziemię, udając nieprzytomnego.
- To był jego wybór – warknął Macnair. - Mógł nam ją wydać.
Usłyszał kroki zaraz koło siebie. Śmierciożercy kierowali się w głąb domu. I to była jego szansa. Porwał szybko różdżkę i wycelował w plecy najbliższego.
- Avada Kedavra! - krzyknął.
Strumień światła trafił dokładnie tam gdzie powinien. Macnair odwrócił się pierwszy i z jego ust wydał się ryk, gdy zobaczył, jak martwy przyjaciel pada na ziemię.
Trafił w Adamsa... Zobaczył to dopiero wtedy, gdy jego ciało legło zaraz koło niego. Już prawie przez mgłę widział, jak Macnair do niego podchodzi. Widział że coś krzyczy, ale nie rozumiał słów. Tak... Tak właśnie kończył Draco Malfoy. Co do tego nie ma pewności. Zaraz umrze...
- Crucio - tego też nie usłyszał, ale poznał po ruchu warg i ruchu różdżki.
A potem poczuł ból. Nie był nawet pewien, czy krzyknął. To trwało tylko kilka sekund, bo chwilę później wszystko rozpłynęło się w ciemności.
Hermiona miała dość siedzenia w ciemności i czekania. Co prawda wysłała wiadomość do Zabiniego, ale niepokojące odgłosy na dole nie zachęcały ją do spokojnego siedzenia. Mimo wymuszonej przysięgi nie wytrzymała. Bardzo, bardzo cicho ruszyła na dół schodami. A potem usłyszała krzyk Dracona. Pełen bólu i bardzo słaby. I wtedy wszystkie zasady bezpieczeństwa przestały się liczyć. Zbiegła, omijając co drugi schodek i bez żadnego planu stanęła oko w oko z jednym ze śmierciożerców. Na jej korzyść przemawiał element zaskoczenia i fakt, że nie mężczyzna nie wiedział o jej różdżce. Wykorzystała to natychmiast.
- Drętwota! - krzyknęła, zdradzając się tym samym przed drugim śmierciożercą, który wciąż był przedsionku.
Przynajmniej trafiła. I teraz zostali sami. Ona i jej prześladowca mierzyli w siebie różdżkami.
- Czego chcecie, do jasnej cholery? - zapytała, by zyskać na czasie.
Oby tylko Blaise zdążył...
- Ciebie – odpowiedział Macnair. - Malfoy powinien nam cię wydać od razu. Żebyśmy mogli cię zarżnąć jak prosiaka i podrzucić twoim przyjaciołom. Ale to nic... To nadal da się zrobić!
Mężczyzna zrobił krok w stronę Hermiony, ale ona nie cofnęła się.
- Dobrze, nie bój się, ptaszyno. To nawet nie zaboli, obiecuję – śmierciożerca uśmiechnął się obleśnie. Z resztą... Nie chcesz dołączyć po śmierci do Malfoy'a?
Serce Hermiony przystanęło. A dopiero potem delikatnie wyjrzała na przedsionek i zobaczyła zakrwawione ciało Dracona. Zakręciło jej się w głowie i miała wrażenie, że zaraz upadnie. Czy naprawdę jest martwy? Już drugi raz będzie musiała wyprawiać mu pogrzeb w swoim sercu? Odrzuciła tę myśl.
A potem trzasnęły drwi. Macnair i Hermiona odruchowo spojrzeli w tamtą stronę, ale ona wiedziała, że to oznaczało przybycie Zabiniego.
- Expelliarmus! - krzyknęła i siła zaklęcia odrzuciła mężczyznę na ścianę. W drzwiach stanął przerażony Blaise.
Przez chwilę Hermiona miała ochotę podejść do Macnaira i rzucić na niego jakaś obrzydliwą klątwę, ale wolała jak najszybciej znaleźć się przy Draco.
Nie mógł być martwy! Nie mógł jej znowu tak zostawić, do cholery! Nie przeżyłaby, gdyby znów musiała się z nim żegnać. Znów przeżywać to samo. Znów umarłby przez nią! Trzęsącymi się dłońmi dotknęła przegubu jego dłoni. Z ulgą wyczuła pod palcami delikatny puls.
- Draco – załkała.
Dotknęła jego twarzy, ale spostrzegła, że tylko brudzi ją krwią. Skąd ona się wzięła na jej rękach? Hermiona nawet nie zauważyła, gdy jej dotknęła.
- Co się tu, do cholery, stało? - wrzasnął Blaise.
Hermiona nie słuchała, tylko jak w transie rozpinała koszulę Dracona, aby na własne oczy zobaczyć ranę. Przerwało jej w tym mocne szarpnięcie. Zabini odwrócił ją twarzą do siebie i potrząsnął za ramiona.
- Granger! Co tu się stało? - krzyknął ponownie.
- Nie wiem! Musimy mu pomóc! - odpowiedziała już trochę spokojniej.
Zabini podniósł przyjaciela i z pomocą Hermiony zaprowadził go do łazienki na parterze. Gdy Blaise zajmował się śmierciożercami, dziewczyna zdjęła z Dracona ubranie i wyjęła potrzebna eliksiry.
- Zamknąłem ich w lochu – mruknął Zabini, gdy tylko wrócił. - Draco sam zdecyduje, co z nimi zrobić.
Rana była głęboka. Przez przecięte tkanki można było zobaczyć kość. Opatrzyli nieprzytomnego chłopaka oczyszczając jego rany eliksirem i dokładnie bandażując. I choć Draco co jakiś czas odzyskiwał na chwilę świadomość, nie można było złapać z nim najmniejszego kontaktu. Potem, zaklęciem, przetransportowali go do sypialni na piętrze.
- Powiesz mi w końcu, co się stało? - zapytał Zabini, patrząc na Hermioną zmęczonym wzrokiem.
- Nie powiedział mi. Wiem tyle co ty.
Chłopak westchnął.
- Chcesz, żebym został? - zapytał.
Dziewczyna potrząsnęła tylko przecząco głową.
Mijała właśnie trzecia w nocy, ale Hermiona nie czuła się senna. Przy słabym świetle świec obserwowała Dracona. Oddychał spokojnie i miarowo. Mimo wszystko bała się spuścić z niego wzrok na dłuższą chwilę. Czytała książkę, ale przerywała tę czynność co chwilę, żeby skontrolować stan chłopaka.
- Hermiona?
Na dźwięk jego głosu odrzuciła książkę. W chwilę była przy nim i trzymała go za rękę.
- Jak się czujesz? - zapytała z przejęciem.
Chłopak próbował się odwrócić, ale tylko syknął z bólu.
- Cieszę się, że już się obudziłeś. Jeżeli nie chcesz mojego towarzystwa, to zostawię cię samego – powiedziała i wstała powoli.
- Zostań – złapał ją za rękę, choć ten szybko ruch trochę go kosztował. - Nie chciałabyś może dzisiaj spać tutaj? - zapytał i odsłonił kołdrę.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi i ułożyła obok niego. Też nie chciała tej nocy spać sama. Przyciągnął ją do siebie i pozwolił, żeby wtuliła się w jego zdrowy bok.
- Naprawdę się o ciebie bałam – szepnęła.
- Jeszcze raz przepraszam – odpowiedział i delikatnie pocałował ją w czubek głowy.
Hermiona po raz pierwszy od naprawdę dawna poczuła się zupełnie bezpieczna.
____________________________
Tak jak obiecałam w jakimś komentarzu, rozdział jest w święta! Mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo włożyłam w niego sporo serca. Jeżeli ktoś to czyta, to niech zostawi po sobie jakiś, choćby mały, znak pod tym rozdziałem, bo to daje mi dużo siły, której teraz potrzebuję, by pisać! :)
Opadł na ziemię, udając nieprzytomnego.
- To był jego wybór – warknął Macnair. - Mógł nam ją wydać.
Usłyszał kroki zaraz koło siebie. Śmierciożercy kierowali się w głąb domu. I to była jego szansa. Porwał szybko różdżkę i wycelował w plecy najbliższego.
- Avada Kedavra! - krzyknął.
Strumień światła trafił dokładnie tam gdzie powinien. Macnair odwrócił się pierwszy i z jego ust wydał się ryk, gdy zobaczył, jak martwy przyjaciel pada na ziemię.
Trafił w Adamsa... Zobaczył to dopiero wtedy, gdy jego ciało legło zaraz koło niego. Już prawie przez mgłę widział, jak Macnair do niego podchodzi. Widział że coś krzyczy, ale nie rozumiał słów. Tak... Tak właśnie kończył Draco Malfoy. Co do tego nie ma pewności. Zaraz umrze...
- Crucio - tego też nie usłyszał, ale poznał po ruchu warg i ruchu różdżki.
A potem poczuł ból. Nie był nawet pewien, czy krzyknął. To trwało tylko kilka sekund, bo chwilę później wszystko rozpłynęło się w ciemności.
Hermiona miała dość siedzenia w ciemności i czekania. Co prawda wysłała wiadomość do Zabiniego, ale niepokojące odgłosy na dole nie zachęcały ją do spokojnego siedzenia. Mimo wymuszonej przysięgi nie wytrzymała. Bardzo, bardzo cicho ruszyła na dół schodami. A potem usłyszała krzyk Dracona. Pełen bólu i bardzo słaby. I wtedy wszystkie zasady bezpieczeństwa przestały się liczyć. Zbiegła, omijając co drugi schodek i bez żadnego planu stanęła oko w oko z jednym ze śmierciożerców. Na jej korzyść przemawiał element zaskoczenia i fakt, że nie mężczyzna nie wiedział o jej różdżce. Wykorzystała to natychmiast.
- Drętwota! - krzyknęła, zdradzając się tym samym przed drugim śmierciożercą, który wciąż był przedsionku.
Przynajmniej trafiła. I teraz zostali sami. Ona i jej prześladowca mierzyli w siebie różdżkami.
- Czego chcecie, do jasnej cholery? - zapytała, by zyskać na czasie.
Oby tylko Blaise zdążył...
- Ciebie – odpowiedział Macnair. - Malfoy powinien nam cię wydać od razu. Żebyśmy mogli cię zarżnąć jak prosiaka i podrzucić twoim przyjaciołom. Ale to nic... To nadal da się zrobić!
Mężczyzna zrobił krok w stronę Hermiony, ale ona nie cofnęła się.
- Dobrze, nie bój się, ptaszyno. To nawet nie zaboli, obiecuję – śmierciożerca uśmiechnął się obleśnie. Z resztą... Nie chcesz dołączyć po śmierci do Malfoy'a?
Serce Hermiony przystanęło. A dopiero potem delikatnie wyjrzała na przedsionek i zobaczyła zakrwawione ciało Dracona. Zakręciło jej się w głowie i miała wrażenie, że zaraz upadnie. Czy naprawdę jest martwy? Już drugi raz będzie musiała wyprawiać mu pogrzeb w swoim sercu? Odrzuciła tę myśl.
A potem trzasnęły drwi. Macnair i Hermiona odruchowo spojrzeli w tamtą stronę, ale ona wiedziała, że to oznaczało przybycie Zabiniego.
- Expelliarmus! - krzyknęła i siła zaklęcia odrzuciła mężczyznę na ścianę. W drzwiach stanął przerażony Blaise.
Przez chwilę Hermiona miała ochotę podejść do Macnaira i rzucić na niego jakaś obrzydliwą klątwę, ale wolała jak najszybciej znaleźć się przy Draco.
Nie mógł być martwy! Nie mógł jej znowu tak zostawić, do cholery! Nie przeżyłaby, gdyby znów musiała się z nim żegnać. Znów przeżywać to samo. Znów umarłby przez nią! Trzęsącymi się dłońmi dotknęła przegubu jego dłoni. Z ulgą wyczuła pod palcami delikatny puls.
- Draco – załkała.
Dotknęła jego twarzy, ale spostrzegła, że tylko brudzi ją krwią. Skąd ona się wzięła na jej rękach? Hermiona nawet nie zauważyła, gdy jej dotknęła.
- Co się tu, do cholery, stało? - wrzasnął Blaise.
Hermiona nie słuchała, tylko jak w transie rozpinała koszulę Dracona, aby na własne oczy zobaczyć ranę. Przerwało jej w tym mocne szarpnięcie. Zabini odwrócił ją twarzą do siebie i potrząsnął za ramiona.
- Granger! Co tu się stało? - krzyknął ponownie.
- Nie wiem! Musimy mu pomóc! - odpowiedziała już trochę spokojniej.
Zabini podniósł przyjaciela i z pomocą Hermiony zaprowadził go do łazienki na parterze. Gdy Blaise zajmował się śmierciożercami, dziewczyna zdjęła z Dracona ubranie i wyjęła potrzebna eliksiry.
- Zamknąłem ich w lochu – mruknął Zabini, gdy tylko wrócił. - Draco sam zdecyduje, co z nimi zrobić.
Rana była głęboka. Przez przecięte tkanki można było zobaczyć kość. Opatrzyli nieprzytomnego chłopaka oczyszczając jego rany eliksirem i dokładnie bandażując. I choć Draco co jakiś czas odzyskiwał na chwilę świadomość, nie można było złapać z nim najmniejszego kontaktu. Potem, zaklęciem, przetransportowali go do sypialni na piętrze.
- Powiesz mi w końcu, co się stało? - zapytał Zabini, patrząc na Hermioną zmęczonym wzrokiem.
- Nie powiedział mi. Wiem tyle co ty.
Chłopak westchnął.
- Chcesz, żebym został? - zapytał.
Dziewczyna potrząsnęła tylko przecząco głową.
Mijała właśnie trzecia w nocy, ale Hermiona nie czuła się senna. Przy słabym świetle świec obserwowała Dracona. Oddychał spokojnie i miarowo. Mimo wszystko bała się spuścić z niego wzrok na dłuższą chwilę. Czytała książkę, ale przerywała tę czynność co chwilę, żeby skontrolować stan chłopaka.
- Hermiona?
Na dźwięk jego głosu odrzuciła książkę. W chwilę była przy nim i trzymała go za rękę.
- Jak się czujesz? - zapytała z przejęciem.
Chłopak próbował się odwrócić, ale tylko syknął z bólu.
- Cieszę się, że już się obudziłeś. Jeżeli nie chcesz mojego towarzystwa, to zostawię cię samego – powiedziała i wstała powoli.
- Zostań – złapał ją za rękę, choć ten szybko ruch trochę go kosztował. - Nie chciałabyś może dzisiaj spać tutaj? - zapytał i odsłonił kołdrę.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi i ułożyła obok niego. Też nie chciała tej nocy spać sama. Przyciągnął ją do siebie i pozwolił, żeby wtuliła się w jego zdrowy bok.
- Naprawdę się o ciebie bałam – szepnęła.
- Jeszcze raz przepraszam – odpowiedział i delikatnie pocałował ją w czubek głowy.
Hermiona po raz pierwszy od naprawdę dawna poczuła się zupełnie bezpieczna.
____________________________
Tak jak obiecałam w jakimś komentarzu, rozdział jest w święta! Mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo włożyłam w niego sporo serca. Jeżeli ktoś to czyta, to niech zostawi po sobie jakiś, choćby mały, znak pod tym rozdziałem, bo to daje mi dużo siły, której teraz potrzebuję, by pisać! :)
czwartek, 22 października 2015
Rozdział 13 - Iskra.
21 komentarzy:
Autor:
Mary
Draco miał już serdecznie dosyć
napiętej atmosfery panującej między nim, a dwoma kobietami
mieszkającymi w jego domu. Na szczęście Astoria wyjeżdżała w
nocy i nie będzie musiał znosić jej pełnych wyrzutu spojrzeń. Od
ich nieudanej ostatniej nocy, praktycznie się do niego nie odzywała,
najwidoczniej śmiertelnie urażona. Malfoy miał szczerą nadzieję,
że przejdzie jej, gdy będzie w Szkocji, bo nie miał ochoty się z
nią kłócić. Pomyślał, że powinien kupić jej jakiś złoty
naszyjnik, to zawsze pomagało. Czasem miał wrażenie, że
dziewczyna specjalnie się wścieka, żeby dostać jakiś nowy, drogi
prezent. Jakkolwiek by to nie było kosztowne, przynajmniej działało.
Za to z Granger sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Jej pełne obojętności spojrzenie prześladowało go, gdy tylko znajdował się koło niej, a gdy przebywali w jednym pokoju, Draco miał wrażenie, że temperatura spada o kilka stopni. A teraz czekał ich tydzień zupełnie sam na sam. Nic przyjemnego... Szczególnie w tych okolicznościach.
No i jeszcze ta fiolka od Granger... Draco czekał z jej otwarciem, aż Astoria wyjedzie, żeby przypadkiem go nie przyłapała. Jak wytłumaczyłby się z siedzenia we wspomnieniach Hermione i to, w dodatku, cholera wie jakich? Specjalnie z tego powodu był rano w swoim rodzinnym domu, aby pożyczyć myślodsiewnię. Idealnie wybrał porę, bo Lucjusz był akurat w ministerstwie i w posiadłości Malfoy'ów zastał tylko matkę. Od ich ostatniej kłótni nie odzywali się do siebie, więc bez zbędnych rozmów wyniósł przedmiot i z ulgą wrócił do siebie.
Macnair na szczęście nie dawał znaku życia i w tym przypadku żadna wiadomość okazała się dobrą wiadomością i Draco miał cichą nadzieję, że zapomniał o swoich groźbach i da im święty spokój. Chociaż, jeżeli naprawdę miał zaatakować, to Draco miał nadzieję, że mężczyzna zrobi to teraz, gdy nie ma w pobliżu Astorii.
Z zamyśleń wyrwała go Granger, która z dumnie uniesioną głową przeszła przez salon ze ściereczką do kurzu i zaczęła sprzątać na regale z książkami. Obserwował ją przez chwilę w milczeniu, a potem podniósł się i skierował do sypialni. Nie miał ochoty przeszkadzać jej w pracy, szczególnie, że jego towarzystwo ewidentnie jej przeszkadzało. Tam jednak zastał pakującą się Astorię. Jedno machnięcie różdżki i jej eleganckie spódnice leżące na łóżku znalazły się w podróżnym kufrze. Drugie i zaraz koło nich ułożyły się koszule. Podszedł do niej od tyłu i objął w talii.
- Nie gniewaj się na mnie. Obiecuję, że nadrobimy to gdy tylko wrócisz. Będę miał wtedy mniej roboty – pochylił się i pocałował ją w kark.
- Może w ogóle chcesz poczekać do nocy poślubnej? - zapytała z przekąsem.
- Co to, to nie – zaśmiał się do jej ucha.
- Nie mam czasu, Draco. Muszę się pakować – wyswobodziła się delikatnie.
Westchnął i rozłożył się na łóżku zaraz obok jej gotowych do spakowania rzeczy. Pospiesznie przebiegł wzrokiem po jej ubraniach, biżuterii, bieliźnie.
- Astorio, wybacz mi, że tak wyszło i spróbuj zrozumieć – mruknął zrezygnowanym tonem.
W duchu modlił się, żeby dziewczyna już wyjechała. Nie mówiąc jej o tym, wziął na ten czas urlop. Wraz z awansem zdobył kilka przywilejów i jednym z nich było mniej godzin pracy i możliwość brania urlopu ile razy mu się żywnie podoba. Przynajmniej odpocznie sobie rzez ten tydzień od wszystkiego i będzie mógł pilnować Granger.
Wreszcie. Upragniona samotność. Sam na sam z myślodsiewnią i wspomnieniami Granger, która najprawdopodobniej już spała. Po chwili namysłu wylał w końcu srebrną substancję do naczynia i wprawił ją w ruch końcem różdżki. Mimo wszystko trochę obawiał się, co może tam zobaczyć. A potem dotknął palcem cieczy i poczuł, jak coś wciąga go do środka.
Wszędzie, gdzie tylko mógł sięgnąć wzrokiem, był śnieg. Znajdował się na jakiejś górze i nie miał pojęcie co to ma wspólnego z Granger. A potem zobaczył ich samych, siedzących na ławce i go olśniło. Znajdowali się w Szwecji, w szkole, do której udali się na magiczny konkurs. O tak, teraz dokładnie pamiętał ten dzień.
- Co ubierasz na bal? - usłyszał swój własny głos.
Prawdziwy Draco uśmiechnął się na to wspomnienie. Wtedy nawet praktycznie się nie lubili. Pogrążony we własnych myślach, ocknął się dopiero, gdy prawie trzy lata młodszy Draco wstał i zaczął lepić śnieżkę. Z krótkiej bitwy szybko przeszli na nieco bardziej przyjemną zabawę, Draco złapał ją w pasie, przerzucił sobie przez ramię i wrzucił w zaspę.
No tak, Malfoy chyba rozumiał, dlaczego pokazała mu to wspomnienie. Wtedy po raz pierwszy zauważył w niej coś więcej, niż szlamę, przyjaciółkę Pottera. Wtedy była po prostu miłą, ładną dziewczyną, z którą miło bawił się w tym śniegu.
W tym momencie świat znowu zawirował i wszystko się zmieniło. Byli teraz w jego starym dormitorium. Była noc, a w kominku wesoło trzaskał ogień.
- Za to ty jesteś strasznie przemądrzała i irytująca! Nie wiem, jak Bliznowaty i Wieprzlej z tobą wytrzymują! - usłyszał za sobą swój zirytowany głos.
Był zupełnie pijany i zaczął szybko zbliżać się do dziewczyny.
- To trzeba mnie było zostawić w tym lesie, miałbyś spokój! - warknęła Granger.
Miała na sobie krótkie spodenki i Draco od razu dostrzegł, jak bardzo schudł od tego czasu. Ze zdrowego wyglądu, przeszła na wystające żebra i lekko zapadnięte policzki.
Młody Malfoy najwidoczniej nie grzeszył w tamtych czasach delikatnością, bo złapał dziewczynę za nadgarstek, okręcił i przycisnął do ściany. Po chwili jednak całowali się namiętnie, nie zwracając uwagi na nic. Włącz ze statusami krwi i domami, w jakich się znajdowali. Co tak właściwie, Granger próbowała mu tym przekazać? No tak, byli kiedyś ze sobą, ale co to tak dokładnie miało na celu?
A potem wspomnienia zaczęły wirować. Nie był już nic konkretnego, tylko strzępki rozmów i sytuacji. Gdy raz po raz rozstawali się i schodzili. A potem, gdy od tych migawek zaczęło mu być niedobrze, wszystko ustało.
Następne wspomnienie było już zupełnie inne. Hermiona była na nim sama i Draco był pewien, że nie mogło być z nim bezpośrednio związane. Nie kojarzył tej scenerii. Dziewczyna leżała na łóżku i płakała. Chociaż bardziej przywodziło to na myśl zarzynane zwierzę. Hermiona wyła, jakby ktoś przecinał jej ciało tępym narzędziem. Była ranna? Draco podszedł do niej szybko i próbował znaleźć miejsce, z którego wypływała krew. Cokolwiek, co podałoby mu powód jej cierpienia. Kuliła się, jakby z bólu, i mocno przyciskała zaciśnięte pięści do klatki piersiowej. Kolejny spazm szlochu przebiegł po jej ciele. Przez chwilę Draco miał wrażenie, że zaczęła się dusić, nie mogła złapać powietrza w płuca, oddychała bardzo płytko i nierówno. Krztusiła się własnymi łzami. Ale nie był krwi... Może to jakiś uraz wewnętrzny? I chociaż coś w Draconie znało przyczynę takiego stanu Hermiony, oddalał to od siebie jak tylko mógł. A potem zobaczył list... Nie mógł mieć już wątpliwości, gdy poznał pismo Zabiniego. Tak, to właśnie wtedy Granger dowiedziała się o jego rzekomej śmierci. Coś ścisnęło go w żołądku, gdy patrzył na skuloną postać. Wydawała się taka bezbronna. Czy naprawdę ból psychiczny potrafił być tak wielki? Chciał natychmiast podejść do niej i ją przytulić. Pospiesznie zapewnić, że żyje i ma się dobrze. Ale wtedy świat zawirował ponownie...
Znów ten sam pokój, ale tym razem było o wiele jaśniej. Hermiona siedziała na krześle z nogami podciągniętymi pod brodę i pustym wzrokiem wgapiała się w widok za oknem. Oczy miała czerwone, a, zawsze zadbane, paznokcie obgryzione prawie do krwi. Potargane włosy opadały jej na plecy. Nie wykonywała nawet najmniejszego ruchu. Obok niej zauważył dobrze znane mu niebieskie pudełeczko. Po chwili, zaraz za nimi, otworzyły się drzwi, ale dziewczyna nawet mnie drgnęła. Ginny Weasley podeszła do siedzącej Granger i potrząsnęła nią gwałtownie. Hermiona drgnęła i spojrzała na swoją przyjaciółkę, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu.
- Mama pyta, czy zejdziesz na obiad – szepnęła ruda dziewczyna spokojnie.
Hermiona pokręciła tylko głową i powróciła do wpatrywania się przez okno.
- Na pewno jesteś głodna – Ginny nie odpuszczała łatwo.
Tym razem nie doczekała się żadnej reakcji.
- Nie wychodzisz stąd od tygodnia! - warknęła w końcu. - Rozumiem, Draco nie żyje, mi tez jest przykro, ale masz własne życie, Hermiono!
- Zabiłam go – szepnęła dziewczyna, walcząc ze łzami.
Draco spojrzał na nią z zaskoczeniem i niedowierzaniem. Jej wina? Jakim cudem mogła się o to obwiniać?
Ginny wydawała się tak samo zaskoczona, zacisnęła palce na ramieniu przyjaciółki.
- Wytłumaczysz mi to? - zapytała, nie porzucając swojego spokojnego tonu.
- Draco prosił mnie, żebym z nim uciekła – powiedziała dziwnie wypranym z emocji tonem. - Pokłóciliśmy się i wtedy widziałam go po raz ostatni. Gdybym wtedy go wybrała... Żyłby, gdybym chciała z nim uciec z zamku.
- On nie miał prawa cię o to prosić – powiedziała Ginny słabym tonem.
- Ale to zrobił – przerwała jej ostrym tonem. - A następnego dnia był martwy.
Nawet, gdyby mogła go teraz usłyszeć, Draco i tak nie miał pojęcia, co mógłby jej powiedzieć. Nigdy nie pomyślałby, że dziewczyna obwinia się o jego śmierć. Co prawda... Natrafił w którymś jej liściku, który pisała do niego, że czuje się winna, ale nie wziął tego, za coś aż tak poważnego.
Następne wspomnienie wyglądało bardzo podobnie, ale zamiast Ginny, koło Hermiony stał Weasley. Granger wyglądała już lepiej, a na jej twarzy widać nawet było cień uśmiechu. Chłopak bez słowa objął ją od tyłu ramieniem i wtulił twarz w jej włosy. Draco nie do końca był pewien, czy chce to oglądać. A potem Ron przerwał ciszę.
- Hermiono, ja...
Dziewczyna natychmiast odwróciła głowę, by móc na niego spojrzeć. A potem, ku zaskoczeniu Dracona i Granger, rudzielec klęknął przed dziewczyną.
- Ja... Ja nie mam pierścionka, no wiesz... Mam nadzieję, że to zrozumiesz. Ja... Chciałbym spędzić z tobą resztę życia, Hermiono. Chciałbym, żebyś została moją żoną.
Draco szybko spojrzał na Grenger. Dziewczyna wyglądała, jakby była w głębokim szoku. Malfoy bł pewien, że gdzieś w jej oczach czaił się też smutek.
- Myślę, że tak. Znaczy... Tak, wyjdę za ciebie – opowiedziała po długiej napięcie chwili.
Tego było dla Dracona zbyt wiele. Nie miał pojęcia, że Hermiona i Ron są zaręczeni. Wiedział tylko o tym, że są razem...
Początek następnego wspomnienia podobał mu się jeszcze mniej. Granger i Weasley leżeli razem na łóżku i całowali się namiętnie. O nie! Tego z pewnością Draco nie chciał oglądać! Ręka Ron powędrowała pod bluzkę dziewczyny, którą po chwili zdjął. Po jaką cholerę musiał to oglądać? Co prawda... Granger w samej bieliźnie był ciekawym widokiem, ale na pewno nie w takiej sytuacji. Ale potem dziewczyna odsunęła się od chłopaka szybko i zakryła się bluzką.
- Ja... Ja muszę iść do łazienki – powiedziała spanikowanym głosem i wstała.
Draco szybko ruszył za nią i po chwili znaleźli się w nędznie wyglądającym pomieszczeniu. Granger zamknęła drzwi na zasuwkę, usiadła na brzegu wanny i ukryła twarz w dłoniach. Po drżeniu jej ciała, Draco wywnioskował, że dziewczyna płacze. Po chwili cichego szlochu podeszła do lustra i wytarła szybko policzki z łez.
- Och, Draco – jęknęła.
Przez chwilę pomyślał, że dziewczyna do widzi, ale to przecież było niemożliwe. Nie patrzyła jednak na niego, tylko na swoje odbicie.
- Gdybyś tylko żył...
No tak, Granger mówiła sama do siebie...
A potem znowu wszystko zawirowało, ale tym razem coś pociągnęło go do góry i znów znalazł się we własnej sypialni. Czy kiedykolwiek spodziewał się, że Hermiona aż tak przeżyje jego domniemaną śmierć? Nie, tego z pewnością nie przewidział. Nigdy też nie pomyślał, że będzie obwiniać się o to wszystko. Dopiero teraz, gdy na własne oczy zobaczył jej ból, zrozumiał, dlaczego dziewczyna ma do niego aż taki żal. Musiał z nią porozmawiać. Teraz! Nie interesowało go, że jest trzecia nad ranem. Otworzył szafkę przy swoim łóżku, do której tylko on miał dostęp i wyjął z niej dwie najważniejsze rzeczy z jej zawartości. Szybkim krokiem zszedł po schodach i, nawet nie pukając, wszedł do pokoju Granger. Tak jak się spodziewał, dziewczyna spała. Koc, którym była przykryta, zsunął się z łóżka prawie w całości. Włosy Hermiona rozłożyły się na poduszce obok niej i Draco poczuł naglą ochotę by ich dotknąć. Ale klęknął tylko obok oddychającej miarowo dziewczyny i potrząsnął ją delikatnie za ramię. Przez chwilę przypomniał sobie jej wspomnienie, w którym leżała zwinięta na łóżku, krztusząc się łzami. Chciał jak najszybciej pozbyć się tego wspomnienia.
Hermiona obudziła się natychmiast i spojrzała na niego przestraszona. Miała naprawdę lekki sen. Draco machnięciem różdżki zapalił wszystkie lampy w jej pokoju.
- Co ty tu robisz? - zapytała przytomnym tonem, marszcząc brwi i podnosząc się na łokciach.
- Obejrzałem twoje wspomnienia. I ja... Ja nie zdawałem sobie sprawy, że zraniłem cię tak mocno. Tak właściwie, to nigdy nie chciałem, żebyś przeze mnie cierpiała. I nie wiedziałem, że obwiniałaś się o moją śmierć. Nigdy nie powinnaś nawet tak pomyśleć...
- Czy naprawdę musimy przeprowadzać tę rozmowę w środku nocy? - zapytała dziewczyna z westchnieniem.
- Tak, Granger. Chcę, żebyś wiedziała coś jeszcze. To nie tak, że po prostu wyrzuciłem cię z mojego życia. Nigdy nie mógłbym tego zrobić. Spójrz.
Niepewnie podał jej czarną, zniszczoną wstążkę. Dziewczyna zmarszczyła brwi, najwidoczniej intensywnie próbowała sobie przypomnieć, co ten skrawek materiału ma z nią wspólnego.
- Zostawiłaś ją kiedyś w moim dormitorium. Gdy u mnie spałaś...
- Wiem – przerwała mu nieprzytomnym tonem. - Ale nie spodziewałam się, że nadal ją masz. Szczerze mówiąc, to nawet zapomniałam o jej istnieniu.
- A tu jest coś jeszcze – mruknął i podał jej wyświechtaną kopertę.
Hermiona, teraz już bardzo zainteresowana, wyciągnęła z środka plik zdjęć. Mimo bardzo ciemnych, prostych włosów, poznała na nich siebie. Na wszystkich miała czarną bluzę, ale były zrobione w innych dniach. Przeglądnęła około setki zdjęć, każde z innej sytuacji.
- Co to jest? - zapytała niepewnie.
- Każde Twoje wyjście na targ. Kazałem cię śledzić moim podwładnym. Oczywiście Weasley'ów też, tak dla niepoznaki. Ale tamtych zdjęć nie zachowałem. Specjalnie po to, żeby cię chronić, kontaktowałem się z Dumbledorem. Robiłem dla niego małe zadania, zazwyczaj przekazywałem mu kilka informacji o śmierciożercach, żeby miał cię pod specjalną ochroną. Próbowałem od ciebie zadbać, uwierz mi, nigdy nie pozostawiłbym cię samej sobie.
- Szpiegowałeś mnie. Miałam rację, że mnie szpiegowałeś.
- Granger, musisz mi wybaczyć. Co jeszcze mam zrobić?
- Nic – szepnęła.
- Czy moglibyśmy zakończyć tę zimną wojnę? Naprawdę myślałem, że postępuję prawidłowo. Chciałem tylko, żebyś o mnie zapomniała i ułożyła sobie życie beze mnie.
- Draco... Ja... - urwała. - Ja myślę, że mogę spróbować. Przejść na etap obojętności – powiedziała szybko. - I zwykłej znajomości. Ale... Skoro już ustaliliśmy, że nic do siebie nie czujemy, to dlaczego robiłeś to wszystko?
- Czułem się chyba za ciebie odpowiedzialny. Jakby nie było, coś nas kiedyś łączyło, nie mogłem tak po prostu cię zostawić.
Kiwnęła głową w odpowiedzi i opadła na łóżko. Draco chyba powinien wyjść, ale czuł taką ulgę, że ma już za sobą te wszystkie pełne nienawiści spojrzenia, że potrafił tylko bezwiednie wpatrywać się w dziewczynę.
- Gdzie tak właściwie jest Astoria? Wydawało mi się, że wychodziła gdzieś wieczorem, ale nie pamiętam, żeby wracała. Przespałam jej powrót?
Malfoy uświadomił sobie, że zupełnie zapomniał poinformować Hermionę, że Astoria wyjeżdża. No cóż, w świetle ich ostatniej rozmowy, która odbyła się przed chwilą, ten tydzień nie zapowiadał się aż tak okropnie.
- Sprawy służbowe. Musiała wyjechać na trochę. Mamy tydzień dla siebie, Granger – zaśmiał się cicho.
Może właśnie teraz powinien poinformować ją o Macnairze? Może powinien odesłać ją do Blaise'a? Nie! Nie chciał jej teraz martwić! Sam sobie z tym wszystkim poradzi. Zadba o nią, tak jak starał się to robić przez ostatnie dwa lata.
- Śpij dalej, Granger. Jutro porozmawiamy.
Wstał i wyszedł szybko z jej pokoju.
Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna patrzył na swoich towarzyszy. Jeden z nich, niski mężczyzna o wypłowiałych włosach, zaklęciem ostrzył wyszczerbiony w kilku miejscach nóż.
- Poderżnę jej tym gardło – warknął.
- Czarny Pan może mówić co chce, ale cierpienie psychiczne jest gorsze od fizycznego. Nie martw się, przyjacielu. Pomścisz swojego syna, gdy Weasley zobaczy ciało tej szlamy – zaśmiał się Macnair.
Trzeci mężczyzna nie odzywał się, tylko przyglądał dwóm pozostałym. Miał ciemne, opadające mu na oczy włosy i wściekle niebieskie tęczówki. W swoich szkolnych latach pewnością musiał mieć grono wielbicielek, ale teraz zbliżał się już do pięćdziesiątki.
- Pamiętajcie, szlama jest moja – warknął Richard Adams, wciąż wpatrując się w swój nóż. - Niech Weasley na własnej skórze odczuje stratę kogoś bliskiego. Malfoy nam ją odda?
- Jeżeli nie, to zdobędziemy ją siłą – mruknął Marshall, który do tej pory nie uczestniczył w rozmowie.
- I pamiętaj, Adams – wtrącił się Macnair, uśmiechając obleśnie. - Może i się przyjaźnimy. Byłem przecież ojcem chrzestnym twojego syna! Ale też chcę coś z tego mieć. Ja i Marshall, gwoli ścisłości. Wstrzymaj się chwilę z poderżnięciem Granger gardła, chcemy coś z tego mieć – spojrzał na przyjaciela chytrze.
Mężczyzna zamyślił się przez chwilę, a potem skinął krótko głową.
- Róbcie z nią co chcecie, byleby została żywa. Nie zależy mi na niczym innym. Im więcej okrucieństwa ją spotka, tym gorzej zniesie to ten zdrajca krwi. Jego też dopadnę, ale później... Kiedy masz zamiar uderzyć, Macnair?
- Kiedy tylko będziesz gotowy. Malfoy nie będzie miał nic do gadania. Mam na niego haka. Albo nam ją odda, albo jego kariera i życie legną w gruzach. Uwierzcie mi, nie zaryzykuje.
- Ja chcę to mieć za sobą jak najszybciej. Proponuję iść tam jutro. Jutro w nocy. Wchodzicie w to?
Marshall i Macnair kiwnęli krótko głowami.
Harry Potter siedział w swoim pokoju i w pośpiechu przeglądał stertę map i notatek. Według zapisów Dumbledore'a horkruks powinien być ukryty w górach gdzieś w południowej europie. Pozostawaj jednak jeden, kluczowy problem. Jak Harry miałby się tam dostać niezauważony? Mimo, że odpowiedzi na to pytanie nie mógł znaleźć w tych kawałkach papieru, to nadal przerzucał je bezwiednie. Przecież musiała istnieć jakaś opcja...
Pojedynczy krzyk rozdarł ciszę w domu. Harry poderwał się gwałtownie, rozpoznając głos pani Weasley. Na dole zaczęło robić się zamieszanie, które chłopak słyszał już bardzo wyraźnie. Szmery, przyciszone głosy i szloch. Zaciekawiony i lekko przestraszony podszedł do drzwi, otworzył je ostrożnie i wyjrzał na korytarz. Całe piętro było puste, ale na dole wrzała jakaś dyskusja.
Harry bardzo delikatnie wychylił się za poręcz schodów i zobaczył bezwładne ciało leżące na noszach. Nie wiedział twarzy, bo przysłaniała ją burza blond loków. Serce chłopaka zabiło szybciej. Luna... Zbiegł przerażony po schodach i gorączkowo zaczął przeciskać się obok innych członków Zakonu. Kiedy dotarł już do dziewczyny, z ulgą spostrzegł, że jej pierś unosiła się lekko i opadała. Ginny trzymała ją kurczowo za dłoń, na której Harry zobaczył zaschniętą krew.
- Co się stało? - wykrztusił z siebie.
- Śmierciożercy zaatakowali, wysadzili budynek – wychlipała pani Weasley, a Artur objął ją trzęsącym się ramieniem.
I wtedy Harry spostrzegł, że ludzie tłoczą się obok drugich noszy. Ktoś klęczał przy nich i zanosił się szlochem. Chłopak niepewnie podszedł bliżej... Parvati Patil leżała martwa na ziemi. Była blada, a oczy miała zamknięte, jakby spała. Nie poruszała się nawet o milimetr. Musiała być martwa, choć Harry odsuwał od siebie tę myśl jak mógł. Ile jeszcze śmierci swoich bliskich zobaczy, zanim to się skończy?
Odchrząknął, bo poczuł, że nagle zaschło mu w gardle.
- Co będzie z Luną? - zapytał Lupina cicho.
- Musimy szybko znaleźć jakiegoś magomedyka – odrzekł blady.
Harry odważył się jeszcze raz spojrzeć na dziewczynę. Ginny zabrała jej włosy z twarzy i chłopak z ukłuciem zobaczył jej opuchniętą, zakrwawioną twarz.
_______________________________
Ponieważ tak rzadko coś dodaję, na dniach stworzę podstronę na której będę pisała o postępach w pisaniu. Żebyście wiedzieli, że o Was nie zapomniałam i cały czas piszę! :)
EDIT: Taka zakładka już powstała. Zapraszam :)
Za to z Granger sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Jej pełne obojętności spojrzenie prześladowało go, gdy tylko znajdował się koło niej, a gdy przebywali w jednym pokoju, Draco miał wrażenie, że temperatura spada o kilka stopni. A teraz czekał ich tydzień zupełnie sam na sam. Nic przyjemnego... Szczególnie w tych okolicznościach.
No i jeszcze ta fiolka od Granger... Draco czekał z jej otwarciem, aż Astoria wyjedzie, żeby przypadkiem go nie przyłapała. Jak wytłumaczyłby się z siedzenia we wspomnieniach Hermione i to, w dodatku, cholera wie jakich? Specjalnie z tego powodu był rano w swoim rodzinnym domu, aby pożyczyć myślodsiewnię. Idealnie wybrał porę, bo Lucjusz był akurat w ministerstwie i w posiadłości Malfoy'ów zastał tylko matkę. Od ich ostatniej kłótni nie odzywali się do siebie, więc bez zbędnych rozmów wyniósł przedmiot i z ulgą wrócił do siebie.
Macnair na szczęście nie dawał znaku życia i w tym przypadku żadna wiadomość okazała się dobrą wiadomością i Draco miał cichą nadzieję, że zapomniał o swoich groźbach i da im święty spokój. Chociaż, jeżeli naprawdę miał zaatakować, to Draco miał nadzieję, że mężczyzna zrobi to teraz, gdy nie ma w pobliżu Astorii.
Z zamyśleń wyrwała go Granger, która z dumnie uniesioną głową przeszła przez salon ze ściereczką do kurzu i zaczęła sprzątać na regale z książkami. Obserwował ją przez chwilę w milczeniu, a potem podniósł się i skierował do sypialni. Nie miał ochoty przeszkadzać jej w pracy, szczególnie, że jego towarzystwo ewidentnie jej przeszkadzało. Tam jednak zastał pakującą się Astorię. Jedno machnięcie różdżki i jej eleganckie spódnice leżące na łóżku znalazły się w podróżnym kufrze. Drugie i zaraz koło nich ułożyły się koszule. Podszedł do niej od tyłu i objął w talii.
- Nie gniewaj się na mnie. Obiecuję, że nadrobimy to gdy tylko wrócisz. Będę miał wtedy mniej roboty – pochylił się i pocałował ją w kark.
- Może w ogóle chcesz poczekać do nocy poślubnej? - zapytała z przekąsem.
- Co to, to nie – zaśmiał się do jej ucha.
- Nie mam czasu, Draco. Muszę się pakować – wyswobodziła się delikatnie.
Westchnął i rozłożył się na łóżku zaraz obok jej gotowych do spakowania rzeczy. Pospiesznie przebiegł wzrokiem po jej ubraniach, biżuterii, bieliźnie.
- Astorio, wybacz mi, że tak wyszło i spróbuj zrozumieć – mruknął zrezygnowanym tonem.
W duchu modlił się, żeby dziewczyna już wyjechała. Nie mówiąc jej o tym, wziął na ten czas urlop. Wraz z awansem zdobył kilka przywilejów i jednym z nich było mniej godzin pracy i możliwość brania urlopu ile razy mu się żywnie podoba. Przynajmniej odpocznie sobie rzez ten tydzień od wszystkiego i będzie mógł pilnować Granger.
Wreszcie. Upragniona samotność. Sam na sam z myślodsiewnią i wspomnieniami Granger, która najprawdopodobniej już spała. Po chwili namysłu wylał w końcu srebrną substancję do naczynia i wprawił ją w ruch końcem różdżki. Mimo wszystko trochę obawiał się, co może tam zobaczyć. A potem dotknął palcem cieczy i poczuł, jak coś wciąga go do środka.
Wszędzie, gdzie tylko mógł sięgnąć wzrokiem, był śnieg. Znajdował się na jakiejś górze i nie miał pojęcie co to ma wspólnego z Granger. A potem zobaczył ich samych, siedzących na ławce i go olśniło. Znajdowali się w Szwecji, w szkole, do której udali się na magiczny konkurs. O tak, teraz dokładnie pamiętał ten dzień.
- Co ubierasz na bal? - usłyszał swój własny głos.
Prawdziwy Draco uśmiechnął się na to wspomnienie. Wtedy nawet praktycznie się nie lubili. Pogrążony we własnych myślach, ocknął się dopiero, gdy prawie trzy lata młodszy Draco wstał i zaczął lepić śnieżkę. Z krótkiej bitwy szybko przeszli na nieco bardziej przyjemną zabawę, Draco złapał ją w pasie, przerzucił sobie przez ramię i wrzucił w zaspę.
No tak, Malfoy chyba rozumiał, dlaczego pokazała mu to wspomnienie. Wtedy po raz pierwszy zauważył w niej coś więcej, niż szlamę, przyjaciółkę Pottera. Wtedy była po prostu miłą, ładną dziewczyną, z którą miło bawił się w tym śniegu.
W tym momencie świat znowu zawirował i wszystko się zmieniło. Byli teraz w jego starym dormitorium. Była noc, a w kominku wesoło trzaskał ogień.
- Za to ty jesteś strasznie przemądrzała i irytująca! Nie wiem, jak Bliznowaty i Wieprzlej z tobą wytrzymują! - usłyszał za sobą swój zirytowany głos.
Był zupełnie pijany i zaczął szybko zbliżać się do dziewczyny.
- To trzeba mnie było zostawić w tym lesie, miałbyś spokój! - warknęła Granger.
Miała na sobie krótkie spodenki i Draco od razu dostrzegł, jak bardzo schudł od tego czasu. Ze zdrowego wyglądu, przeszła na wystające żebra i lekko zapadnięte policzki.
Młody Malfoy najwidoczniej nie grzeszył w tamtych czasach delikatnością, bo złapał dziewczynę za nadgarstek, okręcił i przycisnął do ściany. Po chwili jednak całowali się namiętnie, nie zwracając uwagi na nic. Włącz ze statusami krwi i domami, w jakich się znajdowali. Co tak właściwie, Granger próbowała mu tym przekazać? No tak, byli kiedyś ze sobą, ale co to tak dokładnie miało na celu?
A potem wspomnienia zaczęły wirować. Nie był już nic konkretnego, tylko strzępki rozmów i sytuacji. Gdy raz po raz rozstawali się i schodzili. A potem, gdy od tych migawek zaczęło mu być niedobrze, wszystko ustało.
Następne wspomnienie było już zupełnie inne. Hermiona była na nim sama i Draco był pewien, że nie mogło być z nim bezpośrednio związane. Nie kojarzył tej scenerii. Dziewczyna leżała na łóżku i płakała. Chociaż bardziej przywodziło to na myśl zarzynane zwierzę. Hermiona wyła, jakby ktoś przecinał jej ciało tępym narzędziem. Była ranna? Draco podszedł do niej szybko i próbował znaleźć miejsce, z którego wypływała krew. Cokolwiek, co podałoby mu powód jej cierpienia. Kuliła się, jakby z bólu, i mocno przyciskała zaciśnięte pięści do klatki piersiowej. Kolejny spazm szlochu przebiegł po jej ciele. Przez chwilę Draco miał wrażenie, że zaczęła się dusić, nie mogła złapać powietrza w płuca, oddychała bardzo płytko i nierówno. Krztusiła się własnymi łzami. Ale nie był krwi... Może to jakiś uraz wewnętrzny? I chociaż coś w Draconie znało przyczynę takiego stanu Hermiony, oddalał to od siebie jak tylko mógł. A potem zobaczył list... Nie mógł mieć już wątpliwości, gdy poznał pismo Zabiniego. Tak, to właśnie wtedy Granger dowiedziała się o jego rzekomej śmierci. Coś ścisnęło go w żołądku, gdy patrzył na skuloną postać. Wydawała się taka bezbronna. Czy naprawdę ból psychiczny potrafił być tak wielki? Chciał natychmiast podejść do niej i ją przytulić. Pospiesznie zapewnić, że żyje i ma się dobrze. Ale wtedy świat zawirował ponownie...
Znów ten sam pokój, ale tym razem było o wiele jaśniej. Hermiona siedziała na krześle z nogami podciągniętymi pod brodę i pustym wzrokiem wgapiała się w widok za oknem. Oczy miała czerwone, a, zawsze zadbane, paznokcie obgryzione prawie do krwi. Potargane włosy opadały jej na plecy. Nie wykonywała nawet najmniejszego ruchu. Obok niej zauważył dobrze znane mu niebieskie pudełeczko. Po chwili, zaraz za nimi, otworzyły się drzwi, ale dziewczyna nawet mnie drgnęła. Ginny Weasley podeszła do siedzącej Granger i potrząsnęła nią gwałtownie. Hermiona drgnęła i spojrzała na swoją przyjaciółkę, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu.
- Mama pyta, czy zejdziesz na obiad – szepnęła ruda dziewczyna spokojnie.
Hermiona pokręciła tylko głową i powróciła do wpatrywania się przez okno.
- Na pewno jesteś głodna – Ginny nie odpuszczała łatwo.
Tym razem nie doczekała się żadnej reakcji.
- Nie wychodzisz stąd od tygodnia! - warknęła w końcu. - Rozumiem, Draco nie żyje, mi tez jest przykro, ale masz własne życie, Hermiono!
- Zabiłam go – szepnęła dziewczyna, walcząc ze łzami.
Draco spojrzał na nią z zaskoczeniem i niedowierzaniem. Jej wina? Jakim cudem mogła się o to obwiniać?
Ginny wydawała się tak samo zaskoczona, zacisnęła palce na ramieniu przyjaciółki.
- Wytłumaczysz mi to? - zapytała, nie porzucając swojego spokojnego tonu.
- Draco prosił mnie, żebym z nim uciekła – powiedziała dziwnie wypranym z emocji tonem. - Pokłóciliśmy się i wtedy widziałam go po raz ostatni. Gdybym wtedy go wybrała... Żyłby, gdybym chciała z nim uciec z zamku.
- On nie miał prawa cię o to prosić – powiedziała Ginny słabym tonem.
- Ale to zrobił – przerwała jej ostrym tonem. - A następnego dnia był martwy.
Nawet, gdyby mogła go teraz usłyszeć, Draco i tak nie miał pojęcia, co mógłby jej powiedzieć. Nigdy nie pomyślałby, że dziewczyna obwinia się o jego śmierć. Co prawda... Natrafił w którymś jej liściku, który pisała do niego, że czuje się winna, ale nie wziął tego, za coś aż tak poważnego.
Następne wspomnienie wyglądało bardzo podobnie, ale zamiast Ginny, koło Hermiony stał Weasley. Granger wyglądała już lepiej, a na jej twarzy widać nawet było cień uśmiechu. Chłopak bez słowa objął ją od tyłu ramieniem i wtulił twarz w jej włosy. Draco nie do końca był pewien, czy chce to oglądać. A potem Ron przerwał ciszę.
- Hermiono, ja...
Dziewczyna natychmiast odwróciła głowę, by móc na niego spojrzeć. A potem, ku zaskoczeniu Dracona i Granger, rudzielec klęknął przed dziewczyną.
- Ja... Ja nie mam pierścionka, no wiesz... Mam nadzieję, że to zrozumiesz. Ja... Chciałbym spędzić z tobą resztę życia, Hermiono. Chciałbym, żebyś została moją żoną.
Draco szybko spojrzał na Grenger. Dziewczyna wyglądała, jakby była w głębokim szoku. Malfoy bł pewien, że gdzieś w jej oczach czaił się też smutek.
- Myślę, że tak. Znaczy... Tak, wyjdę za ciebie – opowiedziała po długiej napięcie chwili.
Tego było dla Dracona zbyt wiele. Nie miał pojęcia, że Hermiona i Ron są zaręczeni. Wiedział tylko o tym, że są razem...
Początek następnego wspomnienia podobał mu się jeszcze mniej. Granger i Weasley leżeli razem na łóżku i całowali się namiętnie. O nie! Tego z pewnością Draco nie chciał oglądać! Ręka Ron powędrowała pod bluzkę dziewczyny, którą po chwili zdjął. Po jaką cholerę musiał to oglądać? Co prawda... Granger w samej bieliźnie był ciekawym widokiem, ale na pewno nie w takiej sytuacji. Ale potem dziewczyna odsunęła się od chłopaka szybko i zakryła się bluzką.
- Ja... Ja muszę iść do łazienki – powiedziała spanikowanym głosem i wstała.
Draco szybko ruszył za nią i po chwili znaleźli się w nędznie wyglądającym pomieszczeniu. Granger zamknęła drzwi na zasuwkę, usiadła na brzegu wanny i ukryła twarz w dłoniach. Po drżeniu jej ciała, Draco wywnioskował, że dziewczyna płacze. Po chwili cichego szlochu podeszła do lustra i wytarła szybko policzki z łez.
- Och, Draco – jęknęła.
Przez chwilę pomyślał, że dziewczyna do widzi, ale to przecież było niemożliwe. Nie patrzyła jednak na niego, tylko na swoje odbicie.
- Gdybyś tylko żył...
No tak, Granger mówiła sama do siebie...
A potem znowu wszystko zawirowało, ale tym razem coś pociągnęło go do góry i znów znalazł się we własnej sypialni. Czy kiedykolwiek spodziewał się, że Hermiona aż tak przeżyje jego domniemaną śmierć? Nie, tego z pewnością nie przewidział. Nigdy też nie pomyślał, że będzie obwiniać się o to wszystko. Dopiero teraz, gdy na własne oczy zobaczył jej ból, zrozumiał, dlaczego dziewczyna ma do niego aż taki żal. Musiał z nią porozmawiać. Teraz! Nie interesowało go, że jest trzecia nad ranem. Otworzył szafkę przy swoim łóżku, do której tylko on miał dostęp i wyjął z niej dwie najważniejsze rzeczy z jej zawartości. Szybkim krokiem zszedł po schodach i, nawet nie pukając, wszedł do pokoju Granger. Tak jak się spodziewał, dziewczyna spała. Koc, którym była przykryta, zsunął się z łóżka prawie w całości. Włosy Hermiona rozłożyły się na poduszce obok niej i Draco poczuł naglą ochotę by ich dotknąć. Ale klęknął tylko obok oddychającej miarowo dziewczyny i potrząsnął ją delikatnie za ramię. Przez chwilę przypomniał sobie jej wspomnienie, w którym leżała zwinięta na łóżku, krztusząc się łzami. Chciał jak najszybciej pozbyć się tego wspomnienia.
Hermiona obudziła się natychmiast i spojrzała na niego przestraszona. Miała naprawdę lekki sen. Draco machnięciem różdżki zapalił wszystkie lampy w jej pokoju.
- Co ty tu robisz? - zapytała przytomnym tonem, marszcząc brwi i podnosząc się na łokciach.
- Obejrzałem twoje wspomnienia. I ja... Ja nie zdawałem sobie sprawy, że zraniłem cię tak mocno. Tak właściwie, to nigdy nie chciałem, żebyś przeze mnie cierpiała. I nie wiedziałem, że obwiniałaś się o moją śmierć. Nigdy nie powinnaś nawet tak pomyśleć...
- Czy naprawdę musimy przeprowadzać tę rozmowę w środku nocy? - zapytała dziewczyna z westchnieniem.
- Tak, Granger. Chcę, żebyś wiedziała coś jeszcze. To nie tak, że po prostu wyrzuciłem cię z mojego życia. Nigdy nie mógłbym tego zrobić. Spójrz.
Niepewnie podał jej czarną, zniszczoną wstążkę. Dziewczyna zmarszczyła brwi, najwidoczniej intensywnie próbowała sobie przypomnieć, co ten skrawek materiału ma z nią wspólnego.
- Zostawiłaś ją kiedyś w moim dormitorium. Gdy u mnie spałaś...
- Wiem – przerwała mu nieprzytomnym tonem. - Ale nie spodziewałam się, że nadal ją masz. Szczerze mówiąc, to nawet zapomniałam o jej istnieniu.
- A tu jest coś jeszcze – mruknął i podał jej wyświechtaną kopertę.
Hermiona, teraz już bardzo zainteresowana, wyciągnęła z środka plik zdjęć. Mimo bardzo ciemnych, prostych włosów, poznała na nich siebie. Na wszystkich miała czarną bluzę, ale były zrobione w innych dniach. Przeglądnęła około setki zdjęć, każde z innej sytuacji.
- Co to jest? - zapytała niepewnie.
- Każde Twoje wyjście na targ. Kazałem cię śledzić moim podwładnym. Oczywiście Weasley'ów też, tak dla niepoznaki. Ale tamtych zdjęć nie zachowałem. Specjalnie po to, żeby cię chronić, kontaktowałem się z Dumbledorem. Robiłem dla niego małe zadania, zazwyczaj przekazywałem mu kilka informacji o śmierciożercach, żeby miał cię pod specjalną ochroną. Próbowałem od ciebie zadbać, uwierz mi, nigdy nie pozostawiłbym cię samej sobie.
- Szpiegowałeś mnie. Miałam rację, że mnie szpiegowałeś.
- Granger, musisz mi wybaczyć. Co jeszcze mam zrobić?
- Nic – szepnęła.
- Czy moglibyśmy zakończyć tę zimną wojnę? Naprawdę myślałem, że postępuję prawidłowo. Chciałem tylko, żebyś o mnie zapomniała i ułożyła sobie życie beze mnie.
- Draco... Ja... - urwała. - Ja myślę, że mogę spróbować. Przejść na etap obojętności – powiedziała szybko. - I zwykłej znajomości. Ale... Skoro już ustaliliśmy, że nic do siebie nie czujemy, to dlaczego robiłeś to wszystko?
- Czułem się chyba za ciebie odpowiedzialny. Jakby nie było, coś nas kiedyś łączyło, nie mogłem tak po prostu cię zostawić.
Kiwnęła głową w odpowiedzi i opadła na łóżko. Draco chyba powinien wyjść, ale czuł taką ulgę, że ma już za sobą te wszystkie pełne nienawiści spojrzenia, że potrafił tylko bezwiednie wpatrywać się w dziewczynę.
- Gdzie tak właściwie jest Astoria? Wydawało mi się, że wychodziła gdzieś wieczorem, ale nie pamiętam, żeby wracała. Przespałam jej powrót?
Malfoy uświadomił sobie, że zupełnie zapomniał poinformować Hermionę, że Astoria wyjeżdża. No cóż, w świetle ich ostatniej rozmowy, która odbyła się przed chwilą, ten tydzień nie zapowiadał się aż tak okropnie.
- Sprawy służbowe. Musiała wyjechać na trochę. Mamy tydzień dla siebie, Granger – zaśmiał się cicho.
Może właśnie teraz powinien poinformować ją o Macnairze? Może powinien odesłać ją do Blaise'a? Nie! Nie chciał jej teraz martwić! Sam sobie z tym wszystkim poradzi. Zadba o nią, tak jak starał się to robić przez ostatnie dwa lata.
- Śpij dalej, Granger. Jutro porozmawiamy.
Wstał i wyszedł szybko z jej pokoju.
Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna patrzył na swoich towarzyszy. Jeden z nich, niski mężczyzna o wypłowiałych włosach, zaklęciem ostrzył wyszczerbiony w kilku miejscach nóż.
- Poderżnę jej tym gardło – warknął.
- Czarny Pan może mówić co chce, ale cierpienie psychiczne jest gorsze od fizycznego. Nie martw się, przyjacielu. Pomścisz swojego syna, gdy Weasley zobaczy ciało tej szlamy – zaśmiał się Macnair.
Trzeci mężczyzna nie odzywał się, tylko przyglądał dwóm pozostałym. Miał ciemne, opadające mu na oczy włosy i wściekle niebieskie tęczówki. W swoich szkolnych latach pewnością musiał mieć grono wielbicielek, ale teraz zbliżał się już do pięćdziesiątki.
- Pamiętajcie, szlama jest moja – warknął Richard Adams, wciąż wpatrując się w swój nóż. - Niech Weasley na własnej skórze odczuje stratę kogoś bliskiego. Malfoy nam ją odda?
- Jeżeli nie, to zdobędziemy ją siłą – mruknął Marshall, który do tej pory nie uczestniczył w rozmowie.
- I pamiętaj, Adams – wtrącił się Macnair, uśmiechając obleśnie. - Może i się przyjaźnimy. Byłem przecież ojcem chrzestnym twojego syna! Ale też chcę coś z tego mieć. Ja i Marshall, gwoli ścisłości. Wstrzymaj się chwilę z poderżnięciem Granger gardła, chcemy coś z tego mieć – spojrzał na przyjaciela chytrze.
Mężczyzna zamyślił się przez chwilę, a potem skinął krótko głową.
- Róbcie z nią co chcecie, byleby została żywa. Nie zależy mi na niczym innym. Im więcej okrucieństwa ją spotka, tym gorzej zniesie to ten zdrajca krwi. Jego też dopadnę, ale później... Kiedy masz zamiar uderzyć, Macnair?
- Kiedy tylko będziesz gotowy. Malfoy nie będzie miał nic do gadania. Mam na niego haka. Albo nam ją odda, albo jego kariera i życie legną w gruzach. Uwierzcie mi, nie zaryzykuje.
- Ja chcę to mieć za sobą jak najszybciej. Proponuję iść tam jutro. Jutro w nocy. Wchodzicie w to?
Marshall i Macnair kiwnęli krótko głowami.
Harry Potter siedział w swoim pokoju i w pośpiechu przeglądał stertę map i notatek. Według zapisów Dumbledore'a horkruks powinien być ukryty w górach gdzieś w południowej europie. Pozostawaj jednak jeden, kluczowy problem. Jak Harry miałby się tam dostać niezauważony? Mimo, że odpowiedzi na to pytanie nie mógł znaleźć w tych kawałkach papieru, to nadal przerzucał je bezwiednie. Przecież musiała istnieć jakaś opcja...
Pojedynczy krzyk rozdarł ciszę w domu. Harry poderwał się gwałtownie, rozpoznając głos pani Weasley. Na dole zaczęło robić się zamieszanie, które chłopak słyszał już bardzo wyraźnie. Szmery, przyciszone głosy i szloch. Zaciekawiony i lekko przestraszony podszedł do drzwi, otworzył je ostrożnie i wyjrzał na korytarz. Całe piętro było puste, ale na dole wrzała jakaś dyskusja.
Harry bardzo delikatnie wychylił się za poręcz schodów i zobaczył bezwładne ciało leżące na noszach. Nie wiedział twarzy, bo przysłaniała ją burza blond loków. Serce chłopaka zabiło szybciej. Luna... Zbiegł przerażony po schodach i gorączkowo zaczął przeciskać się obok innych członków Zakonu. Kiedy dotarł już do dziewczyny, z ulgą spostrzegł, że jej pierś unosiła się lekko i opadała. Ginny trzymała ją kurczowo za dłoń, na której Harry zobaczył zaschniętą krew.
- Co się stało? - wykrztusił z siebie.
- Śmierciożercy zaatakowali, wysadzili budynek – wychlipała pani Weasley, a Artur objął ją trzęsącym się ramieniem.
I wtedy Harry spostrzegł, że ludzie tłoczą się obok drugich noszy. Ktoś klęczał przy nich i zanosił się szlochem. Chłopak niepewnie podszedł bliżej... Parvati Patil leżała martwa na ziemi. Była blada, a oczy miała zamknięte, jakby spała. Nie poruszała się nawet o milimetr. Musiała być martwa, choć Harry odsuwał od siebie tę myśl jak mógł. Ile jeszcze śmierci swoich bliskich zobaczy, zanim to się skończy?
Odchrząknął, bo poczuł, że nagle zaschło mu w gardle.
- Co będzie z Luną? - zapytał Lupina cicho.
- Musimy szybko znaleźć jakiegoś magomedyka – odrzekł blady.
Harry odważył się jeszcze raz spojrzeć na dziewczynę. Ginny zabrała jej włosy z twarzy i chłopak z ukłuciem zobaczył jej opuchniętą, zakrwawioną twarz.
_______________________________
Ponieważ tak rzadko coś dodaję, na dniach stworzę podstronę na której będę pisała o postępach w pisaniu. Żebyście wiedzieli, że o Was nie zapomniałam i cały czas piszę! :)
EDIT: Taka zakładka już powstała. Zapraszam :)
poniedziałek, 28 września 2015
Rozdział 12 - Dotyk.
15 komentarzy:
Autor:
Mary
Voldemort uciszył ich uniesieniem
ręki. Draco zauważył w tym małą szansę. Blaise ścisnął go za
ramię.
- Musisz coś zrobić. Szybko, bo inaczej ją zabiją – szepnął przerażonym tonem.
- Panie – nie przemyślał tego, nie wiedział nawet dokładnie, co robi. - Granger jest teraz naszą najlepszą bronią! Póki ją mamy, możemy ich szantażować. To...
- Mamy ją od dawna, a jeszcze tego nie wykorzystaliśmy! - przerwał mu ostro Macnair.
- Martwa też nam się nie przyda! Zamordujemy ją i co dalej? Co będą mieli do stracenia w walce z nami, gdy stracimy zakładnika na którym im zależy? Nie bądź głupcem, Macnair!
- Chcesz to tak zostawić, Malfoy? Niech nasi giną, niech mordercy nie ponoszą konsekwencji, bo ty chcesz ruchać tę szlamę!
- Zamilcz, nie masz prawa odzywać się do mnie w takim tonie! Kara będzie, ale dla Weasleya! Musimy ich postraszyć, przypomnieć, że mamy Granger i chcemy, żeby się nie wychylali, bo zginie. Ona sama może nam się jeszcze przydać.
Obaj mężczyźni stali i mierzyli się wrogimi spojrzeniami. Teraz wszystko było w rękach Voldemorta, który patrzył na po sali obojętnym spojrzeniem.
- Musimy zapolować na Weasley'a – odezwał się w końcu zimnym głosem. - Szlama może nam się jeszcze przydać. Nie zaryzykują większych akcji, póki ja mamy.
Draco usiadł ciężko, czując spływającą po nim ulgę. Granger choć przez chwilę była jeszcze bezpieczna. Tylko na jak długo? Ile jeszcze będzie mógł ukrywać ją w swoim domu?
Nie doszli już do żadnych innych wniosków na tym zebraniu. Mieli odbyć jeszcze jedną, żeby ustalić dokładny plan działania i obławę na Weasley'a. Na razie Draco chciał jak najszybciej znaleźć się we własnym domu i powrócić do niemej nienawiści z Hermioną i kolejnych etapów planowania ślubu z Astorią.
I właśnie w tym momencie ktoś szybko zaszedł mu drogę. Blondyn próbował go wyminąć, ale Macnair złapał go gwałtownie za ramię.
- Czego chcesz? - warknął chłopak.
- Posłuchaj, gówniarzu, mój przyjaciel, Adams, ojciec jednego z tych martwych chłopaków, jest moim przyjacielem! Weasley zabrał mu coś bardzo ważnego, my zabierzemy coś jemu. Oddaj nam szlamę, chłopcze.
Draco parsknął, słysząc jego słowa. Czy Macnair sądził, że go zastraszy?
- Daj sobie spokój. Nie wydam wam jej. Słyszałeś, co powiedział Czarny Pan!
- Tylko, że ja coś wiem, Malfoy. Znasz moją przyjaciółkę Katy, prawda? Wiem, że znasz.
Naopowiadała mi o tobie – jego ton był obleśny, pełen nienawiści i mściwości.
Draco starał się, aby niepokój nie ukazał się na jego twarzy. Ale co, do cholery, mogła powiedzieć Katy? Ona jako jedyna wiedziała o związku jego i Granger, ale nie mogła nikomu o tym powiedzieć. Wiązała ich Wieczysta Przysięga...
- Niby co? - zadbał, by jego głos zabrzmiał lekceważąco.
- Niewiele. Że byliście razem, ale potem porzuciłeś ją dla jakiejś Gryfonki.
Sprytnie – pomyślał Draco. Nie złamała przysięgi, nie podała żadnych szczegółów. Czyli Macnair nic na niego nie miał.
- A ja skojarzyłem fakty... O czyje gryfońskie, szlamowate życie walczy młody panicz Malfoy? O czyje życie błagał ostatnim razem i o czyje walczył dzisiaj? - zaśmiał się, a potem zniżył głos do szeptu. - Dobrze wiem, że ją ruchasz.
Malfoy odepchnął go od siebie gwałtownie i rzucił wściekłe spojrzenie. Całą siłą woli powstrzymywał się, aby nie uderzyć Macnaira w jego obleśnie uśmiechnięty pysk. To jednak mogło przysporzyć jeszcze więcej problemów jemu i Granger.
- Pomyśl sobie jak to zaszkodzi Twojej karierze. Jak to zaszkodzi Astorii i tej szlamie. Mogą mi nie wierzyć, ale co, jeżeli powiem o tym Czarnemu Panu? Doniosę mu o twoim romansie? Zbrukaniu czystej, czarodziejskiej krwi?
- Spierdalaj, Macnair – warknął Draco w odpowiedzi i próbował go wyminąć.
- Masz kilka dni. Wydaj ją mnie albo zniszczę twoją reputację. Adams chce pomścić swojego syna.
- Kosztem niewinnej dziewczyny?
- To tylko szlama, przyjaciółka Pottera!
- Nie zbliżaj się do mnie, ani do niej! Ostrzegam cię – warknął chłopak po raz ostatni i popychając mężczyznę, wyszedł wściekły przez drzwi.
Poczuł się lepiej dopiero, gdy wyszedł na świeże powietrze. Pooddychał chwilę głęboko, stojąc w miejscu. Czy jego życie choć przez chwilę nie może być ułożone i spokojne? Odkąd zjawiła się u niego Granger, wszystko zaczęło mu się sypać. Nie mógł nawet myśleć o ślubie z Astorią, dotarło do niego, jak bardzo zranił Hermionę i jeszcze cały czas musiał zapewniać jej bezpieczeństwo. Nie było to dla niego uciążliwe, ale bał się, że któregoś razu po prostu nie podoła. Musi bronić ją przed Nottem, Voldemortem, Astorią... Teraz jeszcze przed Macnairem... Przed nim, Draconem Malfoy'em, też powinien ją bronić. Sprowadzał na nią same nieszczęścia, poprzez swoje błędne decyzje. Nie powinien jednak udawać przed nią, że jest martwy. Ale on chciał tylko dla niej dobrze... Chciał, żeby o nim zapomniała i ułożyła sobie życie. Dla niego to też nie była łatwa decyzja. Ale teraz miał większe zmartwienia, niż przeszłość. Musiał zadbać o jej bezpieczeństwo, bo Macnair mógł być niebezpieczny. Do głowy na razie przychodził mu tylko jeden pomysł. Musiał tylko na chwilę udać się do swojego starego domu.
Spojrzał na swoje dłonie. Choć były całkowicie czyste, jemu nadal się wydawało, że widzi na nich krew. Ci chłopcy nie mogli mieć więcej niż siedemnaście lat. A on pozbawił ich życia, marzeń, planów na przyszłość. Pozbawił kogoś synów... Jeszcze raz z odrazą spojrzał na swoją różdżkę. Dwa mordercze zaklęcia. Dwa błyski światła. Dwa trupy.
Zaatakowali go, gdy szedł po mieście. Miał właśnie wracać do domu z targu, bo tylko tam wychodził. Trzech młodych idiotów próbowało zrobić rozróbę wśród straganów. Na szczęście byli zupełnie pijani, chwalili się głośno Mrocznymi Znakami, ich nowymi nabytkami. Nie chciał żadnej bitwy, ale większość tych ludzi było bezbronnych. Wyszedł im naprzeciw, kurczowo trzymając różdżkę.
- Ej, przygłupy, tutaj! - wrzasnął, odciągając ich uwagę od innych ludzi.
Gdyby byli trzeźwi, nie miałby szans. Jeden z chłopców upuścił swoją różdżkę, wyciągając ją z kieszeni szaty. Przeklął donośnie i schylił się po nią. Zatoczył się i prawie upadł. Ron patrzył na to z zażenowaniem. I wtedy jeden z nich posłał w jego stronę pierwsze zaklęcie. Cruciatus minął go o cal.
- Są tak pijani, że nie trafią w ruchomy cel – pomyślał Ron i rzucił Expelliarmus w najbliższego ze śmierciożerców.
Siła zaklęcia odrzuciła chłopaka w tył, ale rudzielec nie miał dużo czasu, by napawać się swoim małym sukcesem, bo musiał uchylić się przed dwoma morderczymi zaklęciami. Nie miał czasu na bronienie się przed atakiem jakimiś rozbrajającymi zaklęciami, bo skończy w jakimś anonimowym grobie.
I wtedy przez myśl przeszły mu wszystkie okrucieństwa. Tortury, stosy ciał i zbiorowe mogiły. Terror na ulicach i strach mugoli. Bieda... Poczuł w sobie narastającą złość, jakiej jeszcze nigdy wcześniej nie czuł. Stał teraz oko w oko z trzema śmierciożercami, którzy w przyszłości będą mordować niewinnych ludzi. Uniósł różdżkę lekko trzęsącą się ręką. Nie sądził, że ma aż tyle czarodziejskich mocy, spodziewał się raczej strzępku światła wypływającego z jego różdżki i znikającego po chwili.
- Avada Kedavra – powiedział trzęsącym się głosem i ku jemu zaskoczeniu, zobaczył zielony snop światła, który uderzył prosto w pierś jednego z chłopaków.
Jego towarzysze natychmiast przyszli z odwetem. W stronę Rona pomknęło kolejne mordercze zaklęcie. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak blisko śmierci... Nie miał już nic do stracenia. Albo on, albo oni.
- Avada Kedavra – krzyknął.
Tym razem jego głos był pewny, a ręka nawet nie zadrżała. Drugi śmierciożerca wydał z siebie coś, co miało być krzykiem, ale dźwięk zamarł, gdy tylko trafiło go zaklęcie. Teraz zostali już sami... Ron i ostatni chłopak mierzyli się przez chwilę różdżkami, patrząc na siebie z wściekłością.
- Poddaję się – westchnął w końcu śmierciożerca i uniósł ręce.
Najwidoczniej, gdy wstępował w zastępy Voldemorta, nie sądził, że czeka go coś takiego. Myślał pewnie, że będzie to dobra zabawa i nie zawał sobie, jak to jest stanąć twarzą w twarz ze śmiercią.
- Odrzuć różdżkę – wrzasnął Ron, wciąż w niego celując.
Chłopak rozluźnił drżącą dłoń i jego magiczne narzędzie z cichym dźwiękiem uderzyło o ziemię. A potem wykonał szybki ruch, schylił się i złapał za ręce swoich martwych towarzyszy. Nim Ron zdążył wypowiedzieć zaklęcie, chłopak deportował się. Weasley natychmiast podbiegł do różdżki pozostawionej przez chłopaka i podniósł ją. Różdżka tego ocalałego śmierciożercy wciąż leżała na biurku Rona. Nie wątpił, że może się kiedyś przydać, niektórzy tracili swoje różdżki podczas pojedynków, a nie było możliwości, aby zakupić inną. W pobliżu nie było już żadnych takich sklepów, przychylnych Zakonowi. Teraz wszystko inwigilowali śmierciożercy i różdżki były wydawane tylko po uprzednim sprawdzeniu drzewa genealogicznego interesantów.
Jeszcze raz popatrzył na swoje dłonie z odrazą. Jakim cudem mógł upaść tak nisko?
Blaise energicznie zapukał do masywnych, drewnianych drzwi. Gdy nikt nie odpowiedział, zapukał jeszcze raz. Wreszcie, po kilku minutach, w drzwiach stanął Draco i obdarzył przyjaciela zaskoczonym spojrzeniem. Potem jego wzrok powędrował do domowego skrzata, stojącego obok chłopaka. Był wyjątkowo mały, nawet jak na swój gatunek. Niepewnie tarmosił kawałek obrusu, w który był ubrany. Spojrzał wielkimi oczami we wściekle niebieskim kolorze na Malfoy'a, a kiedy natrafił na jego wzrok, przerażony wbił wzrok w swoje ogromne stopy.
- Patrz, kogo przyprowadziłem – Zabini uśmiechnął się szeroko. - A oto Diabeł!
Draco jeszcze raz spojrzał na małego, przerażonego skrzata. W niczym nie przypominał Diabła.
- Nazwałeś go na swoją cześć? - uniósł brwi i spojrzał na przyjaciela z rozbawieniem.
Blaise tylko dumnie wypiął pierś.
- Jest bardo młody, więc musisz go oszczędzać. Co, staruszek nie chciał wypożyczyć ci waszego skrzata? - zapytał, szczerząc zęby.
- Stwierdził, że nie może się bez niego obejść i jest mu bardzo potrzebny – warknął Draco, denerwując się na samą myśl o ojcu. - Ale wejdźcie do środka.
- Po co ci właściwie mój mały przyjaciel? - zapytał Blaise, gdy tylko znaleźli się w salonie.
- Miałem małe spięcie z Macnairem – mruknął z przekąsem blondyn. - Odebrałem takie wrażenie, że za wszelką cenę chce mnie udupić. I przy okazji chce głowy Granger. Potrzebuję kogoś, kto na okrągło będzie monitorował mój dom i donosił mi, gdy tylko ktoś będzie zbliżał się do bramy.
- No tak, ten cholerny Macnair... Widziałeś go z Katy? Przecież on mógłby być jej ojcem!
Draco kiwnął tylko głową, a potem skierował się do małego skrzata, który trząsł się uczepiony szaty swojego właściciela.
- Nie bój się. Jest tu ktoś, kto będzie zachwycony twoją obecnością – mruknął z przekąsem i pomyślał o Grenger i tej jej WSZY o której kiedyś słyszał.
- Gdy już jesteśmy przy Granger... Czy mógłbym się z nią zobaczyć?
Draco spojrzał na niego zaskoczony i zmarszczył brwi.
- Jasne – odpowiedział po chwili. - Jest w swoim pokoju. Tam, na końcu korytarza.
Blaise wstał, skinął ręką na skrzata, by poszedł za nim, a potem bez słowa wyszedł z pokoju, zostawiając zaskoczonego przyjaciela samego. Szybko przeszedł przez korytarz i zapukał do drzwi. Nie musiał długo czekać na reakcję.
- SPADAJ, MALFOY!
- Granger, to ja! - krzyknął Blaise, pukając jeszcze raz.
W pokoju usłyszał ciche przekleństwa.
- Wejdź – krzyknęła w końcu.
Zastał ją pospiesznie wycierającą z zarumienionych policzków ślady łez. Wyglądała, jakby nie ruszała się z łóżka już któryś dzień z rzędu. Włosy miała w jeszcze większym nieładzie, niż zwykle. Próbowała pospiesznie zakryć opuchnięte, czerwone oczy.
- Co jest? - zapytał, siadając obok niej.
- Nic – zauważył ślad poniki w jej orzechowych oczach. Nie była zadowolona, że widział ją w tym stanie. - Mieliśmy wczoraj z Malfoy'em... rozmowę – zakończyła wisielczym tonem. - Może ty masz dla mnie choć jedną dobrą wiadomość? - zapytała, patrząc na niego z nadzieją.
- Miałaś rację. Spotkałem się z Ginny. Kazała ci przekazać, że przeprasza cię za ostatnią kłótnie. I że tęskni.
Po chwili pomyślał o czymś, co jeszcze może poprawić jej humor.
- Zaraz kogoś ci przedstawię – uśmiechnął się do niej kojąco i odsłonił swoją szatę.
Do jego nogi uczepiony był Diabeł, najwyraźniej nadal przerażony zmianą otoczenia. Gdy tylko Granger go zobaczyła, oczy jej rozbłysły. Natychmiast wyciągnęła do niego rękę.
- Nie bój się mnie – mruknęła spokojnie. - Co on tu robi, Blaise?
- Przyprowadziłem ci towarzystwo, żebyś nie musiała być tu sama, gdy Draco i Astoria są w pracy.
Nie chciał wyjawiać Hermionie prawdziwego powodu obecności skrzata. Uznał, że nie ma potrzeby, by niepotrzebnie ją straszyć. Kiedy Draco uzna za stosowne, sam jej to powie.
- Blaise, ja... Chcę cię o coś prosić – zaczęła niepewnie dziewczyna. - Czy mógłbyś pożyczyć mi swoją różdżkę?
Astoria weszła do ich sypialni ubrana w delikatną, prawie przezroczystą, czarną koszulkę nocną, spod której prześwitywała czarna , koronkowa bielizna. Rozpuściła swoje długie włosy, które teraz, w miękkich fala, opadały kaskadą na jej biust. Draco bardzo powoli otaksował ją wzrokiem i zauważył, że na nogach ma bardzo wysokie, czarne szpilki.
- Tęskniłeś? - zapytała spokojnie, a jej głos przybrał seksowną barwę.
Kiwnął krótko głową, ale tak naprawdę nie miał teraz ochoty na seks, a najwidoczniej właśnie do tego zmierzała dziewczyna. Ostatnie dwa dni były dla niego zbyt męczące. Na razie jedyną rzeczą, jaką miał w głowie, to groźby Macnaira pod adresem Granger.
Tymczasem Astoria zaczęła krokiem modelki przemierzać pokój. Kiedy dotarła do łóżka, klęknęła na nim, a potem na czworakach zaczęła przybliżać się do chłopaka. Nie odtrącił jej kiedy usiadła na nim okrakiem i pocałowała namiętnie. Pachniała drogimi perfumami. Wplótł palce w jej włosy, a dziewczyna zaczęła schodzić pocałunkami coraz niżej. Jej delikatne usta dotknęły jego żuchwy, potem przeszły na szyję i jego nagi tors.
Za to myśli Dracona daleko były od Astorii. Cały czas wydawało mu się, że coś jest w tym wszystkim nie tak. To nie panna Greengrass powinna dotykać go i całować w ten sposób. A potem przypomniał sobie Granger, w panice próbującą zasłonić swoją czarną bieliznę, gdy spotkał ją poprzedniego rano, w samej koszulce i majtkach. A potem jej dotyk, gdy przetrzymywał ją w wannie. Delikatną skórę i piersi, które dokładnie widział przez mokry stanik.
Kiedy dłoń Astorii powędrowała do jego krocza, złapał ja gwałtownie za ramię.
- Nie – powiedział pewnym tonem. - Jestem zmęczony.
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.
- Sama wiesz, jak wiele zamieszania zrobił Weasley swoją głupotą. Chcę po prostu położyć się spać. Nie dzisiaj.
Astoria z westchnieniem bezsilności i rezygnacji położyła się obok niego.
- Cudownie – warknęła. - To miały być moje małe pożegnanie.
- Pożegnanie? - zapytał Draco zaskoczony.
- Mają problem. W Szkocji wybuchły zamieszki i mnie tam wysyłają w celach dyplomatycznych. Na tydzień – powiedziała rozgoryczonym głosem.
- Kiedy wyjeżdżasz? - Draco postarał się, aby jego głos zabrzmiał smutno.
- Pojutrze, nie wiedziałam, jak ci to powiedzieć.
Draco w odpowiedzi pocałował ją pospiesznie w czoło.
- Idę do kuchni, muszę się napić.
I wyszedł pospiesznie z sypialni. Tak będzie lepiej... Im dalej Astoria będzie od Macnaira, tym większe szanse, że ominie ją ta cała afera. Wystarczy, że musi chronić Granger...
W kuchni aż podskoczył z zaskoczenia, bo z zamyślenia wyrwała go siedząca przy stole Granger. Dziewczyna zarumieniła się gwałtownie, gdy tylko go zobaczyła i spuściła wzrok. Uświadomił sobie nagle, że jest w samych bokserkach i miał ochotę uciec na górę. Albo chociaż czymś zakryć...
- Już skończyliście? - zapytała z przekąsem. - Szybki jesteś.
Obrzucił ją zaskoczonym spojrzeniem.
- Widziałam Astorię, kiedy wchodziła po schodach w tym wyjściowym stroju – wyjaśniła i uśmiechnęła się do niego cierpko.
- Nie spałem z nią... Zaraz! Nie mam powodu, by ci się tłumaczyć – warknął.
Obrzucił Hermionę wzrokiem. Miała na sobie szare dresy, w których zawsze spała i biały podkoszulek, ale Draco przez chwilę wyobraził sobie ją w stroju, jaki miała na sobie wcześniej Astoria. Okazało się, że nie był to najlepszy pomysł. I bez tego miał ochotę rzucić się na nią i zerwać z niej wszystkie ubrania. Zacisnął pięści i odwrócił od niej wzrok, żeby zachować samokontrole.
- Chcę coś ci dać – powiedziała Hermiona po chwili ciszy.
Wstała i podeszła do niego powoli, jakby ostrożnie. Wyciągnęła do niego dłoń, w której trzymała srebrną fiolkę. Wziął ją od niej, przy okazji dotykając jej rozgrzanej skóry. Ich spojrzenia się spotkały i żadne z nich nie chciało odwracać wzroku. Trzymał pewnie szklane naczynko, nie przestając delikatnie dotykać wewnętrznej strony dłoni dziewczyny. Nie zabierała jej, wręcz przeciwnie, zacisnęła palce. Znów przez chwilę pomyślał o zerwaniu z niej wszystkich ubrań.
Ona pierwsza przerwała kontakt wzrokowy, spuszczając spojrzenie na jego nagi tors. Przygryzła delikatnie wargę, a Draco nie wytrzymał już dłużej, pociągnął ją gwałtownie na swoje kolana. Jęknęła cichutko zaskoczona. Starała się być cicho, ze względu na Astorię będącą w sypialni zaraz nad nimi. A potem zupełnie utonęła w zapachu Dracona. Nie powinna się na to zgadzać. Nie po tym wszystkim, co jej zrobił... Ale przecież próbował się wytłumaczyć. Mówił, że nie chciał źle, że był zagubiony i nie wiedział co robić. A ona przecież tak tęskniła za jego dotykiem.
I wtedy Draco jeszcze mocniej przyciągnął ją do siebie. Poczuł jej miękkie piersi na swoim torsie i zapragnął ją mieć tu i teraz. Nie zważając na Astorię.
- Czy naprawdę wolałabyś, żebym nie żył? - szepnął prosto do jej ucha.
Nie odpowiedziała, tylko jęknęła cicho, gdy zaczął całować ją po szyi. Jego ręce szybko powędrowały pod jej koszulkę, spoczywając delikatnie na gładkim brzuchu. Hermiona dotknęła jego torsu i zaczęła palcami przemierzać go wzdłuż i wszerz. I kiedy w końcu jego usta miały odnaleźć jej wargi, a ręce bardzo powoli sunęły do góry, w Hermionie coś pękło. Przed oczami stanęły jej dwa lata żałoby. Niekończącej się rozpaczy, której Draco przyglądał się bezczynnie. Wszystkich łzach, jakie kiedykolwiek przez niego wylała. I kiedy już myślała, że prawie ułożyła swoje życie, on znów się zjawia, a teraz całuje ją po szyi, mieszając jej w głowie.
Próbowała gwałtowne wstać, odpychając go od siebie. Chłopak w odpowiedzi próbował przyciągnąć ją do siebie jeszcze mocniej.
- Malfoy, puszczaj! - warknęła i jeszcze raz odepchnęła go od siebie.
Tym razem udało jej się uwolnić i napotkała zaskoczone spojrzenie chłopaka. Uniósł jedną brew w sposób, jaki zawsze kochała. Starała się szybko z tego otrząsnąć. Szybko przeszła na drugą stronę pomieszczenia i usiadła jak najdalej od Dracona. Dlaczego było jej tak piekielnie gorąco? Ze wszystkich sił starała się nie patrzeć na jego nagi, umięśniony tors i wybrzuszenie w bokserkach.
- Malfoy... To... Nie powinno się zdarzyć. Nie po tym wszystkim co zaszło między nami – oczy zaszły jej łzami, a on najwidoczniej nie miał pojęcie co w tej sytuacji zrobić. - Nigdy nie wybaczę ci tych dwóch lat. Cieszę się, że żyjesz, ale wolałabym, żebyś trzymał się ode mnie z daleka... To nie powinno się powtórzyć już nigdy więcej. To cy było między nami, już dawno się skończyło. Jeżeli nadal coś do mnie czujesz, to powiedz to teraz. Albo idź do Astorii i nie zawracaj mi głowy nigdy więcej.
Draco zamarł. Hermiona oczekiwała od niego deklaracji, a on nie miał pojęcia, co było między nimi. W dodatku ona była z Wealey'em szczęśliwa, a on nie umiał jej tego zagwarantować. Miała rację, powinien trzymać się od niej z daleka. Chciał teraz tylko jej szczęścia. On już miał z nią swoją szansę i wszystko zrujnował, teraz czas na Weasley'a. Draco przełknął swoją dumę i ból.
- Granger, ja... To nie był dobry pomysł. To w sumie nie był żaden pomysł. To po prostu tak wyszło. Jestem egoistą, a w dodatku podnieconym po spotkaniu z Astorią – i tutaj padło pierwsze jego kłamstwo, bo jedyne o czym myślał, to Hermiona w mokrych ubraniach. - Ty jesteś w związku, ja jestem w związku. Oboje kochamy swoich partnerów. Nie ma sensu zaczynać niczego, co i tak nie ma prawa przetrwać. Ja myślę... Ja już nic do ciebie nie czuję, minęło zbyt wiele czasu.
Zignorował łzy, które znów napłynęły do jej oczu.
- Ja też już nic do ciebie nie czuję, Draco i chcę, żeby to było jasne. Uznajmy dzisiejszy wieczór za błąd, pomyłkę – powiedziała pewnym tonem.
- Idź już spać, Granger – szepnął i wyszedł z kuchni.
Tak będzie lepiej – próbowała przekonać się w myślach. Nigdy w życiu nie powinna pomyśleć, że pragnie Dracona Malfoy'a, nie po tym co jej zrobił. Powinna wrócić do nienawiści. Tak byłoby przecież lepiej, łatwiej. Nie chciała nawet myśleć, co może się kryć pod tą nienawiścią do arystokraty. Jej własne uczucia zbyt bardzo ją w tym momencie przerażały. Ale przynajmniej to był już koniec. Oficjalny. Koniec wszystkiego, o czym myślała, odkąd prawie pocałowali się w salonie. Koniec wszystkiego, o czym myślała, odkąd wyrzuciła całą złość na niego. Koniec wszystkiego, co kryło się pod podszewką jej nienawiści.
Przełknęła słone łzy.
Draco Malfoy uważnie przyglądał się fiolce, którą dostał od Granger. Ni to ciecz, ni to gaz. Wspomnienia... Do szła przyczepiona była mała karteczka, odczepił ją sprawnym ruchem.
- Musisz coś zrobić. Szybko, bo inaczej ją zabiją – szepnął przerażonym tonem.
- Panie – nie przemyślał tego, nie wiedział nawet dokładnie, co robi. - Granger jest teraz naszą najlepszą bronią! Póki ją mamy, możemy ich szantażować. To...
- Mamy ją od dawna, a jeszcze tego nie wykorzystaliśmy! - przerwał mu ostro Macnair.
- Martwa też nam się nie przyda! Zamordujemy ją i co dalej? Co będą mieli do stracenia w walce z nami, gdy stracimy zakładnika na którym im zależy? Nie bądź głupcem, Macnair!
- Chcesz to tak zostawić, Malfoy? Niech nasi giną, niech mordercy nie ponoszą konsekwencji, bo ty chcesz ruchać tę szlamę!
- Zamilcz, nie masz prawa odzywać się do mnie w takim tonie! Kara będzie, ale dla Weasleya! Musimy ich postraszyć, przypomnieć, że mamy Granger i chcemy, żeby się nie wychylali, bo zginie. Ona sama może nam się jeszcze przydać.
Obaj mężczyźni stali i mierzyli się wrogimi spojrzeniami. Teraz wszystko było w rękach Voldemorta, który patrzył na po sali obojętnym spojrzeniem.
- Musimy zapolować na Weasley'a – odezwał się w końcu zimnym głosem. - Szlama może nam się jeszcze przydać. Nie zaryzykują większych akcji, póki ja mamy.
Draco usiadł ciężko, czując spływającą po nim ulgę. Granger choć przez chwilę była jeszcze bezpieczna. Tylko na jak długo? Ile jeszcze będzie mógł ukrywać ją w swoim domu?
Nie doszli już do żadnych innych wniosków na tym zebraniu. Mieli odbyć jeszcze jedną, żeby ustalić dokładny plan działania i obławę na Weasley'a. Na razie Draco chciał jak najszybciej znaleźć się we własnym domu i powrócić do niemej nienawiści z Hermioną i kolejnych etapów planowania ślubu z Astorią.
I właśnie w tym momencie ktoś szybko zaszedł mu drogę. Blondyn próbował go wyminąć, ale Macnair złapał go gwałtownie za ramię.
- Czego chcesz? - warknął chłopak.
- Posłuchaj, gówniarzu, mój przyjaciel, Adams, ojciec jednego z tych martwych chłopaków, jest moim przyjacielem! Weasley zabrał mu coś bardzo ważnego, my zabierzemy coś jemu. Oddaj nam szlamę, chłopcze.
Draco parsknął, słysząc jego słowa. Czy Macnair sądził, że go zastraszy?
- Daj sobie spokój. Nie wydam wam jej. Słyszałeś, co powiedział Czarny Pan!
- Tylko, że ja coś wiem, Malfoy. Znasz moją przyjaciółkę Katy, prawda? Wiem, że znasz.
Naopowiadała mi o tobie – jego ton był obleśny, pełen nienawiści i mściwości.
Draco starał się, aby niepokój nie ukazał się na jego twarzy. Ale co, do cholery, mogła powiedzieć Katy? Ona jako jedyna wiedziała o związku jego i Granger, ale nie mogła nikomu o tym powiedzieć. Wiązała ich Wieczysta Przysięga...
- Niby co? - zadbał, by jego głos zabrzmiał lekceważąco.
- Niewiele. Że byliście razem, ale potem porzuciłeś ją dla jakiejś Gryfonki.
Sprytnie – pomyślał Draco. Nie złamała przysięgi, nie podała żadnych szczegółów. Czyli Macnair nic na niego nie miał.
- A ja skojarzyłem fakty... O czyje gryfońskie, szlamowate życie walczy młody panicz Malfoy? O czyje życie błagał ostatnim razem i o czyje walczył dzisiaj? - zaśmiał się, a potem zniżył głos do szeptu. - Dobrze wiem, że ją ruchasz.
Malfoy odepchnął go od siebie gwałtownie i rzucił wściekłe spojrzenie. Całą siłą woli powstrzymywał się, aby nie uderzyć Macnaira w jego obleśnie uśmiechnięty pysk. To jednak mogło przysporzyć jeszcze więcej problemów jemu i Granger.
- Pomyśl sobie jak to zaszkodzi Twojej karierze. Jak to zaszkodzi Astorii i tej szlamie. Mogą mi nie wierzyć, ale co, jeżeli powiem o tym Czarnemu Panu? Doniosę mu o twoim romansie? Zbrukaniu czystej, czarodziejskiej krwi?
- Spierdalaj, Macnair – warknął Draco w odpowiedzi i próbował go wyminąć.
- Masz kilka dni. Wydaj ją mnie albo zniszczę twoją reputację. Adams chce pomścić swojego syna.
- Kosztem niewinnej dziewczyny?
- To tylko szlama, przyjaciółka Pottera!
- Nie zbliżaj się do mnie, ani do niej! Ostrzegam cię – warknął chłopak po raz ostatni i popychając mężczyznę, wyszedł wściekły przez drzwi.
Poczuł się lepiej dopiero, gdy wyszedł na świeże powietrze. Pooddychał chwilę głęboko, stojąc w miejscu. Czy jego życie choć przez chwilę nie może być ułożone i spokojne? Odkąd zjawiła się u niego Granger, wszystko zaczęło mu się sypać. Nie mógł nawet myśleć o ślubie z Astorią, dotarło do niego, jak bardzo zranił Hermionę i jeszcze cały czas musiał zapewniać jej bezpieczeństwo. Nie było to dla niego uciążliwe, ale bał się, że któregoś razu po prostu nie podoła. Musi bronić ją przed Nottem, Voldemortem, Astorią... Teraz jeszcze przed Macnairem... Przed nim, Draconem Malfoy'em, też powinien ją bronić. Sprowadzał na nią same nieszczęścia, poprzez swoje błędne decyzje. Nie powinien jednak udawać przed nią, że jest martwy. Ale on chciał tylko dla niej dobrze... Chciał, żeby o nim zapomniała i ułożyła sobie życie. Dla niego to też nie była łatwa decyzja. Ale teraz miał większe zmartwienia, niż przeszłość. Musiał zadbać o jej bezpieczeństwo, bo Macnair mógł być niebezpieczny. Do głowy na razie przychodził mu tylko jeden pomysł. Musiał tylko na chwilę udać się do swojego starego domu.
Spojrzał na swoje dłonie. Choć były całkowicie czyste, jemu nadal się wydawało, że widzi na nich krew. Ci chłopcy nie mogli mieć więcej niż siedemnaście lat. A on pozbawił ich życia, marzeń, planów na przyszłość. Pozbawił kogoś synów... Jeszcze raz z odrazą spojrzał na swoją różdżkę. Dwa mordercze zaklęcia. Dwa błyski światła. Dwa trupy.
Zaatakowali go, gdy szedł po mieście. Miał właśnie wracać do domu z targu, bo tylko tam wychodził. Trzech młodych idiotów próbowało zrobić rozróbę wśród straganów. Na szczęście byli zupełnie pijani, chwalili się głośno Mrocznymi Znakami, ich nowymi nabytkami. Nie chciał żadnej bitwy, ale większość tych ludzi było bezbronnych. Wyszedł im naprzeciw, kurczowo trzymając różdżkę.
- Ej, przygłupy, tutaj! - wrzasnął, odciągając ich uwagę od innych ludzi.
Gdyby byli trzeźwi, nie miałby szans. Jeden z chłopców upuścił swoją różdżkę, wyciągając ją z kieszeni szaty. Przeklął donośnie i schylił się po nią. Zatoczył się i prawie upadł. Ron patrzył na to z zażenowaniem. I wtedy jeden z nich posłał w jego stronę pierwsze zaklęcie. Cruciatus minął go o cal.
- Są tak pijani, że nie trafią w ruchomy cel – pomyślał Ron i rzucił Expelliarmus w najbliższego ze śmierciożerców.
Siła zaklęcia odrzuciła chłopaka w tył, ale rudzielec nie miał dużo czasu, by napawać się swoim małym sukcesem, bo musiał uchylić się przed dwoma morderczymi zaklęciami. Nie miał czasu na bronienie się przed atakiem jakimiś rozbrajającymi zaklęciami, bo skończy w jakimś anonimowym grobie.
I wtedy przez myśl przeszły mu wszystkie okrucieństwa. Tortury, stosy ciał i zbiorowe mogiły. Terror na ulicach i strach mugoli. Bieda... Poczuł w sobie narastającą złość, jakiej jeszcze nigdy wcześniej nie czuł. Stał teraz oko w oko z trzema śmierciożercami, którzy w przyszłości będą mordować niewinnych ludzi. Uniósł różdżkę lekko trzęsącą się ręką. Nie sądził, że ma aż tyle czarodziejskich mocy, spodziewał się raczej strzępku światła wypływającego z jego różdżki i znikającego po chwili.
- Avada Kedavra – powiedział trzęsącym się głosem i ku jemu zaskoczeniu, zobaczył zielony snop światła, który uderzył prosto w pierś jednego z chłopaków.
Jego towarzysze natychmiast przyszli z odwetem. W stronę Rona pomknęło kolejne mordercze zaklęcie. Jeszcze nigdy w życiu nie był tak blisko śmierci... Nie miał już nic do stracenia. Albo on, albo oni.
- Avada Kedavra – krzyknął.
Tym razem jego głos był pewny, a ręka nawet nie zadrżała. Drugi śmierciożerca wydał z siebie coś, co miało być krzykiem, ale dźwięk zamarł, gdy tylko trafiło go zaklęcie. Teraz zostali już sami... Ron i ostatni chłopak mierzyli się przez chwilę różdżkami, patrząc na siebie z wściekłością.
- Poddaję się – westchnął w końcu śmierciożerca i uniósł ręce.
Najwidoczniej, gdy wstępował w zastępy Voldemorta, nie sądził, że czeka go coś takiego. Myślał pewnie, że będzie to dobra zabawa i nie zawał sobie, jak to jest stanąć twarzą w twarz ze śmiercią.
- Odrzuć różdżkę – wrzasnął Ron, wciąż w niego celując.
Chłopak rozluźnił drżącą dłoń i jego magiczne narzędzie z cichym dźwiękiem uderzyło o ziemię. A potem wykonał szybki ruch, schylił się i złapał za ręce swoich martwych towarzyszy. Nim Ron zdążył wypowiedzieć zaklęcie, chłopak deportował się. Weasley natychmiast podbiegł do różdżki pozostawionej przez chłopaka i podniósł ją. Różdżka tego ocalałego śmierciożercy wciąż leżała na biurku Rona. Nie wątpił, że może się kiedyś przydać, niektórzy tracili swoje różdżki podczas pojedynków, a nie było możliwości, aby zakupić inną. W pobliżu nie było już żadnych takich sklepów, przychylnych Zakonowi. Teraz wszystko inwigilowali śmierciożercy i różdżki były wydawane tylko po uprzednim sprawdzeniu drzewa genealogicznego interesantów.
Jeszcze raz popatrzył na swoje dłonie z odrazą. Jakim cudem mógł upaść tak nisko?
Blaise energicznie zapukał do masywnych, drewnianych drzwi. Gdy nikt nie odpowiedział, zapukał jeszcze raz. Wreszcie, po kilku minutach, w drzwiach stanął Draco i obdarzył przyjaciela zaskoczonym spojrzeniem. Potem jego wzrok powędrował do domowego skrzata, stojącego obok chłopaka. Był wyjątkowo mały, nawet jak na swój gatunek. Niepewnie tarmosił kawałek obrusu, w który był ubrany. Spojrzał wielkimi oczami we wściekle niebieskim kolorze na Malfoy'a, a kiedy natrafił na jego wzrok, przerażony wbił wzrok w swoje ogromne stopy.
- Patrz, kogo przyprowadziłem – Zabini uśmiechnął się szeroko. - A oto Diabeł!
Draco jeszcze raz spojrzał na małego, przerażonego skrzata. W niczym nie przypominał Diabła.
- Nazwałeś go na swoją cześć? - uniósł brwi i spojrzał na przyjaciela z rozbawieniem.
Blaise tylko dumnie wypiął pierś.
- Jest bardo młody, więc musisz go oszczędzać. Co, staruszek nie chciał wypożyczyć ci waszego skrzata? - zapytał, szczerząc zęby.
- Stwierdził, że nie może się bez niego obejść i jest mu bardzo potrzebny – warknął Draco, denerwując się na samą myśl o ojcu. - Ale wejdźcie do środka.
- Po co ci właściwie mój mały przyjaciel? - zapytał Blaise, gdy tylko znaleźli się w salonie.
- Miałem małe spięcie z Macnairem – mruknął z przekąsem blondyn. - Odebrałem takie wrażenie, że za wszelką cenę chce mnie udupić. I przy okazji chce głowy Granger. Potrzebuję kogoś, kto na okrągło będzie monitorował mój dom i donosił mi, gdy tylko ktoś będzie zbliżał się do bramy.
- No tak, ten cholerny Macnair... Widziałeś go z Katy? Przecież on mógłby być jej ojcem!
Draco kiwnął tylko głową, a potem skierował się do małego skrzata, który trząsł się uczepiony szaty swojego właściciela.
- Nie bój się. Jest tu ktoś, kto będzie zachwycony twoją obecnością – mruknął z przekąsem i pomyślał o Grenger i tej jej WSZY o której kiedyś słyszał.
- Gdy już jesteśmy przy Granger... Czy mógłbym się z nią zobaczyć?
Draco spojrzał na niego zaskoczony i zmarszczył brwi.
- Jasne – odpowiedział po chwili. - Jest w swoim pokoju. Tam, na końcu korytarza.
Blaise wstał, skinął ręką na skrzata, by poszedł za nim, a potem bez słowa wyszedł z pokoju, zostawiając zaskoczonego przyjaciela samego. Szybko przeszedł przez korytarz i zapukał do drzwi. Nie musiał długo czekać na reakcję.
- SPADAJ, MALFOY!
- Granger, to ja! - krzyknął Blaise, pukając jeszcze raz.
W pokoju usłyszał ciche przekleństwa.
- Wejdź – krzyknęła w końcu.
Zastał ją pospiesznie wycierającą z zarumienionych policzków ślady łez. Wyglądała, jakby nie ruszała się z łóżka już któryś dzień z rzędu. Włosy miała w jeszcze większym nieładzie, niż zwykle. Próbowała pospiesznie zakryć opuchnięte, czerwone oczy.
- Co jest? - zapytał, siadając obok niej.
- Nic – zauważył ślad poniki w jej orzechowych oczach. Nie była zadowolona, że widział ją w tym stanie. - Mieliśmy wczoraj z Malfoy'em... rozmowę – zakończyła wisielczym tonem. - Może ty masz dla mnie choć jedną dobrą wiadomość? - zapytała, patrząc na niego z nadzieją.
- Miałaś rację. Spotkałem się z Ginny. Kazała ci przekazać, że przeprasza cię za ostatnią kłótnie. I że tęskni.
Po chwili pomyślał o czymś, co jeszcze może poprawić jej humor.
- Zaraz kogoś ci przedstawię – uśmiechnął się do niej kojąco i odsłonił swoją szatę.
Do jego nogi uczepiony był Diabeł, najwyraźniej nadal przerażony zmianą otoczenia. Gdy tylko Granger go zobaczyła, oczy jej rozbłysły. Natychmiast wyciągnęła do niego rękę.
- Nie bój się mnie – mruknęła spokojnie. - Co on tu robi, Blaise?
- Przyprowadziłem ci towarzystwo, żebyś nie musiała być tu sama, gdy Draco i Astoria są w pracy.
Nie chciał wyjawiać Hermionie prawdziwego powodu obecności skrzata. Uznał, że nie ma potrzeby, by niepotrzebnie ją straszyć. Kiedy Draco uzna za stosowne, sam jej to powie.
- Blaise, ja... Chcę cię o coś prosić – zaczęła niepewnie dziewczyna. - Czy mógłbyś pożyczyć mi swoją różdżkę?
Astoria weszła do ich sypialni ubrana w delikatną, prawie przezroczystą, czarną koszulkę nocną, spod której prześwitywała czarna , koronkowa bielizna. Rozpuściła swoje długie włosy, które teraz, w miękkich fala, opadały kaskadą na jej biust. Draco bardzo powoli otaksował ją wzrokiem i zauważył, że na nogach ma bardzo wysokie, czarne szpilki.
- Tęskniłeś? - zapytała spokojnie, a jej głos przybrał seksowną barwę.
Kiwnął krótko głową, ale tak naprawdę nie miał teraz ochoty na seks, a najwidoczniej właśnie do tego zmierzała dziewczyna. Ostatnie dwa dni były dla niego zbyt męczące. Na razie jedyną rzeczą, jaką miał w głowie, to groźby Macnaira pod adresem Granger.
Tymczasem Astoria zaczęła krokiem modelki przemierzać pokój. Kiedy dotarła do łóżka, klęknęła na nim, a potem na czworakach zaczęła przybliżać się do chłopaka. Nie odtrącił jej kiedy usiadła na nim okrakiem i pocałowała namiętnie. Pachniała drogimi perfumami. Wplótł palce w jej włosy, a dziewczyna zaczęła schodzić pocałunkami coraz niżej. Jej delikatne usta dotknęły jego żuchwy, potem przeszły na szyję i jego nagi tors.
Za to myśli Dracona daleko były od Astorii. Cały czas wydawało mu się, że coś jest w tym wszystkim nie tak. To nie panna Greengrass powinna dotykać go i całować w ten sposób. A potem przypomniał sobie Granger, w panice próbującą zasłonić swoją czarną bieliznę, gdy spotkał ją poprzedniego rano, w samej koszulce i majtkach. A potem jej dotyk, gdy przetrzymywał ją w wannie. Delikatną skórę i piersi, które dokładnie widział przez mokry stanik.
Kiedy dłoń Astorii powędrowała do jego krocza, złapał ja gwałtownie za ramię.
- Nie – powiedział pewnym tonem. - Jestem zmęczony.
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.
- Sama wiesz, jak wiele zamieszania zrobił Weasley swoją głupotą. Chcę po prostu położyć się spać. Nie dzisiaj.
Astoria z westchnieniem bezsilności i rezygnacji położyła się obok niego.
- Cudownie – warknęła. - To miały być moje małe pożegnanie.
- Pożegnanie? - zapytał Draco zaskoczony.
- Mają problem. W Szkocji wybuchły zamieszki i mnie tam wysyłają w celach dyplomatycznych. Na tydzień – powiedziała rozgoryczonym głosem.
- Kiedy wyjeżdżasz? - Draco postarał się, aby jego głos zabrzmiał smutno.
- Pojutrze, nie wiedziałam, jak ci to powiedzieć.
Draco w odpowiedzi pocałował ją pospiesznie w czoło.
- Idę do kuchni, muszę się napić.
I wyszedł pospiesznie z sypialni. Tak będzie lepiej... Im dalej Astoria będzie od Macnaira, tym większe szanse, że ominie ją ta cała afera. Wystarczy, że musi chronić Granger...
W kuchni aż podskoczył z zaskoczenia, bo z zamyślenia wyrwała go siedząca przy stole Granger. Dziewczyna zarumieniła się gwałtownie, gdy tylko go zobaczyła i spuściła wzrok. Uświadomił sobie nagle, że jest w samych bokserkach i miał ochotę uciec na górę. Albo chociaż czymś zakryć...
- Już skończyliście? - zapytała z przekąsem. - Szybki jesteś.
Obrzucił ją zaskoczonym spojrzeniem.
- Widziałam Astorię, kiedy wchodziła po schodach w tym wyjściowym stroju – wyjaśniła i uśmiechnęła się do niego cierpko.
- Nie spałem z nią... Zaraz! Nie mam powodu, by ci się tłumaczyć – warknął.
Obrzucił Hermionę wzrokiem. Miała na sobie szare dresy, w których zawsze spała i biały podkoszulek, ale Draco przez chwilę wyobraził sobie ją w stroju, jaki miała na sobie wcześniej Astoria. Okazało się, że nie był to najlepszy pomysł. I bez tego miał ochotę rzucić się na nią i zerwać z niej wszystkie ubrania. Zacisnął pięści i odwrócił od niej wzrok, żeby zachować samokontrole.
- Chcę coś ci dać – powiedziała Hermiona po chwili ciszy.
Wstała i podeszła do niego powoli, jakby ostrożnie. Wyciągnęła do niego dłoń, w której trzymała srebrną fiolkę. Wziął ją od niej, przy okazji dotykając jej rozgrzanej skóry. Ich spojrzenia się spotkały i żadne z nich nie chciało odwracać wzroku. Trzymał pewnie szklane naczynko, nie przestając delikatnie dotykać wewnętrznej strony dłoni dziewczyny. Nie zabierała jej, wręcz przeciwnie, zacisnęła palce. Znów przez chwilę pomyślał o zerwaniu z niej wszystkich ubrań.
Ona pierwsza przerwała kontakt wzrokowy, spuszczając spojrzenie na jego nagi tors. Przygryzła delikatnie wargę, a Draco nie wytrzymał już dłużej, pociągnął ją gwałtownie na swoje kolana. Jęknęła cichutko zaskoczona. Starała się być cicho, ze względu na Astorię będącą w sypialni zaraz nad nimi. A potem zupełnie utonęła w zapachu Dracona. Nie powinna się na to zgadzać. Nie po tym wszystkim, co jej zrobił... Ale przecież próbował się wytłumaczyć. Mówił, że nie chciał źle, że był zagubiony i nie wiedział co robić. A ona przecież tak tęskniła za jego dotykiem.
I wtedy Draco jeszcze mocniej przyciągnął ją do siebie. Poczuł jej miękkie piersi na swoim torsie i zapragnął ją mieć tu i teraz. Nie zważając na Astorię.
- Czy naprawdę wolałabyś, żebym nie żył? - szepnął prosto do jej ucha.
Nie odpowiedziała, tylko jęknęła cicho, gdy zaczął całować ją po szyi. Jego ręce szybko powędrowały pod jej koszulkę, spoczywając delikatnie na gładkim brzuchu. Hermiona dotknęła jego torsu i zaczęła palcami przemierzać go wzdłuż i wszerz. I kiedy w końcu jego usta miały odnaleźć jej wargi, a ręce bardzo powoli sunęły do góry, w Hermionie coś pękło. Przed oczami stanęły jej dwa lata żałoby. Niekończącej się rozpaczy, której Draco przyglądał się bezczynnie. Wszystkich łzach, jakie kiedykolwiek przez niego wylała. I kiedy już myślała, że prawie ułożyła swoje życie, on znów się zjawia, a teraz całuje ją po szyi, mieszając jej w głowie.
Próbowała gwałtowne wstać, odpychając go od siebie. Chłopak w odpowiedzi próbował przyciągnąć ją do siebie jeszcze mocniej.
- Malfoy, puszczaj! - warknęła i jeszcze raz odepchnęła go od siebie.
Tym razem udało jej się uwolnić i napotkała zaskoczone spojrzenie chłopaka. Uniósł jedną brew w sposób, jaki zawsze kochała. Starała się szybko z tego otrząsnąć. Szybko przeszła na drugą stronę pomieszczenia i usiadła jak najdalej od Dracona. Dlaczego było jej tak piekielnie gorąco? Ze wszystkich sił starała się nie patrzeć na jego nagi, umięśniony tors i wybrzuszenie w bokserkach.
- Malfoy... To... Nie powinno się zdarzyć. Nie po tym wszystkim co zaszło między nami – oczy zaszły jej łzami, a on najwidoczniej nie miał pojęcie co w tej sytuacji zrobić. - Nigdy nie wybaczę ci tych dwóch lat. Cieszę się, że żyjesz, ale wolałabym, żebyś trzymał się ode mnie z daleka... To nie powinno się powtórzyć już nigdy więcej. To cy było między nami, już dawno się skończyło. Jeżeli nadal coś do mnie czujesz, to powiedz to teraz. Albo idź do Astorii i nie zawracaj mi głowy nigdy więcej.
Draco zamarł. Hermiona oczekiwała od niego deklaracji, a on nie miał pojęcia, co było między nimi. W dodatku ona była z Wealey'em szczęśliwa, a on nie umiał jej tego zagwarantować. Miała rację, powinien trzymać się od niej z daleka. Chciał teraz tylko jej szczęścia. On już miał z nią swoją szansę i wszystko zrujnował, teraz czas na Weasley'a. Draco przełknął swoją dumę i ból.
- Granger, ja... To nie był dobry pomysł. To w sumie nie był żaden pomysł. To po prostu tak wyszło. Jestem egoistą, a w dodatku podnieconym po spotkaniu z Astorią – i tutaj padło pierwsze jego kłamstwo, bo jedyne o czym myślał, to Hermiona w mokrych ubraniach. - Ty jesteś w związku, ja jestem w związku. Oboje kochamy swoich partnerów. Nie ma sensu zaczynać niczego, co i tak nie ma prawa przetrwać. Ja myślę... Ja już nic do ciebie nie czuję, minęło zbyt wiele czasu.
Zignorował łzy, które znów napłynęły do jej oczu.
- Ja też już nic do ciebie nie czuję, Draco i chcę, żeby to było jasne. Uznajmy dzisiejszy wieczór za błąd, pomyłkę – powiedziała pewnym tonem.
- Idź już spać, Granger – szepnął i wyszedł z kuchni.
Tak będzie lepiej – próbowała przekonać się w myślach. Nigdy w życiu nie powinna pomyśleć, że pragnie Dracona Malfoy'a, nie po tym co jej zrobił. Powinna wrócić do nienawiści. Tak byłoby przecież lepiej, łatwiej. Nie chciała nawet myśleć, co może się kryć pod tą nienawiścią do arystokraty. Jej własne uczucia zbyt bardzo ją w tym momencie przerażały. Ale przynajmniej to był już koniec. Oficjalny. Koniec wszystkiego, o czym myślała, odkąd prawie pocałowali się w salonie. Koniec wszystkiego, o czym myślała, odkąd wyrzuciła całą złość na niego. Koniec wszystkiego, co kryło się pod podszewką jej nienawiści.
Przełknęła słone łzy.
Draco Malfoy uważnie przyglądał się fiolce, którą dostał od Granger. Ni to ciecz, ni to gaz. Wspomnienia... Do szła przyczepiona była mała karteczka, odczepił ją sprawnym ruchem.
Miłych snów.
H.
Obejrzy zawartość, gdy tylko wyjedzie
Astoria, ale teraz nurtowało go coś innego. Skąd, do jasnej
cholery, Granger wzięła różdżkę?
___________________________________________________
Szkoła i praca pochłonęły moje życie, ale wciąż tu jestem! Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie :)
___________________________________________________
Szkoła i praca pochłonęły moje życie, ale wciąż tu jestem! Tak łatwo się mnie nie pozbędziecie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)